Archive for the ‘Globalizacja ekonomiczno – handlowa i globalizacja rynku pracy’ Category

Przeciwności w walce z globalnym handlem seksem

Gwałtowne nasilenie się zjawiska wykorzystywania dzieci do pracy w seksbizne­sie na przełomie lat 80. i 90. spowodowało głośne wołanie przedstawicieli orga­nizacji pozarządowych, naukowców i reporterów o podjęcie walki z tym proce­derem. Zmusiło to przywódców organizacji międzynarodowych, w tym przede wszystkim różnych organów ONZ, do ustanowienia praw, które ograniczyły­by rozprzestrzenianie się aktów seksualnego wykorzystywania dzieci w ramach globalnej wymiany handlowej. I oto w 1989 roku (dopiero!) ONZ wydala traktat dotyczący praw dziecka, ratyfikowany do końca ubiegłego dziesię­ciolecia przez 187 krajów. Ten dokument dotyczył różnorodnych praw dziecka, ale w 1996 roku, podczas Kongresu Światowego w Sztokholmie opracowany został Dokument Walki z Seksualnym Eksploatowaniem Dzieci. Jed­nocześnie w niektórych krajach najbardziej dotkniętych tą plagą organizacje po­zarządowe wydały lokalne lub terytorialne (włączające region świata) prawa, tak jak organizacja z bazą w Tajlandii pod nazwą Skończyć z Prostytucją Dzieci w Azjatyckiej Turystyce, która, podobnie jak wiele innych, współpracuje z ONZ, a zwłaszcza z UNICEF-em.

Ale wydanie traktatów to jedna sprawa, a ich wdrażanie to druga, szczególnie gdy zjawisko przynosi ogromny dochód, z którego korzystają nawet legalne, w tym rządowe, organizacje. W rezultacie seksualne eksploatowanie dzieci nie tylko trwa, ale przybiera coraz to bardziej wyrafinowane formy i objawia się nie­wiarygodnymi zdarzeniami. Na przykład – jak podaje Mahler – nawet żoł­nierze ONZ wysyłani z misją do krajów Trzeciego Świata (tak jak w 1997 roku do Mozambiku) korzystali oficjalnie z usług nieletnich dziewcząt! Co zresztą „nieśmiało”, ale jednak odnotowały amerykańskie media.

Pokazuje to niesłychane zakłamanie i hipokryzję świata zachodniego, rzeko­mo walczącego o prawa człowieka, który obwinia o prostytucję nieletnich kraje pogrążone w biedzie, gdzie ten cały ludzki dramat się rozgrywa. Istotnie, prosty­tucja wśród dziewczynek w krajach takich, jak na przykład Tajlandia, jest w pew­nej mierze konsekwencją lokalnych norm i wartości społecznych. Bogate życie seksualne mężczyzn stanowi tu ważny społeczny standard męskości. A że jedno­cześnie ceni się w tej kulturze czystość kobiet, mężczyźni – tak wolni, jak żonaci – masowo korzystają z usług prostytutek. Trzeba przecież tej społecznej presji sprostać! Do tego dołącza się istniejące w tym narodzie oczekiwanie, że każ­dy członek rodziny – w tym córki – jest odpowiedzialny za jej pomyślność. Jeśli więc jedynym towarem pozwalającym dziewczętom na zarobek jest seks, to ro­dziny akceptują ten „zawód” dla swoich córek, nie czując większych obciążeń moralnych. Szczególnie ekonomicznie opłacalna jest wymiana bardzo młodej dziewczynki, która jest dziewicą. Zapotrzebowanie na dziewice jest tak duże, że rozwinął się podsektor przywracania dziewictwa przez zszywanie wejścia do pochwy, czym zajmują się „specjaliści”, czyli najczę­ściej tzw. baby. Nie jest zaskoczeniem, że seks z taką kobietą kończy się u niej nierzadko krwotokiem, którego nikt nie tamuje… Jednak kwota 3 tysięcy dolarów za oddanie do seksbiznesu dziewczynki będącej dziewicą w takim kraju, jak Kambodża, gdzie roczny dochód na głowę wynosi 300 dolarów, wydaje się rodzi­nie niesłychanym bogactwem, nawet jeśli lwią część tej sumy zabierają ludzie zarządzający tym biznesem.

Arogancja, z jaką obywatele krajów zachodnich napędzających rynek hand­lu seksem usprawiedliwiają swoje kontakty seksualne z nastolatkami, jest nie­wyobrażalna. Biernacka cytuje wypowiedź jednego z zachodnich tu­rystów, który skorzystał z usług seksualnych 14-letniej meksykańskiej dziew­czynki oraz 15-letniej Kolumbijki. „Ja im w istocie pomagam – mówił dziennika­rzowi. – Gdybym nie zaoferował im seksu – nie miałyby za co kupić jedzenia. Jeśli jest to dla kogoś problem, niech ten ktoś spowoduje, by UNICEF je wykarmił”. Trudno o jakikolwiek komentarz…

Do tej buty i arogancji dołącza się hipokryzja władz państw Zachodu, które wymachują groźnie palcem społeczeństwom oferującym usługi seksualne dzieci, a jednocześnie nakręcają popyt w sektorze seksbiznesu. Ten problem na własnym podwórku kraje Zachodu zaczęły dostrzegać dopiero w ostatnich latach. W 1994 roku Senat USA zaakceptował prawo pozwalające na sądzenie amerykańskiego obywatela za przestępstwo seksualne popełnione za granicą, mimo że tam mo­że to być akt legalny. Podobne ustawy opracowały inne kraje zachodnie, m.in. Australia, Belgia, Francja czy Niemcy. Kłopot w tym, że jedynie nieliczne przypadki takich przestępstw popełnionych za granicą trafiają do ame­rykańskich (czy innych zachodnich) sądów. Mężczyzna, oferujący pieniądze taj­landzkiej dziewczynce lub chłopcu w zamian za seks, musi mieć naprawdę pe­cha, by zostać na tym przyłapanym przez jakiegoś reportera. I nawet jeśli wścibski fotograf trafi do hotelu, gdzie ma się sfinalizować brudna transakcja, na pewno zakończy swoje śledztwo na poziomie… hotelowego holu. Dalej nie do­puszczą go ochroniarze, zatrudnieni w seksbiznesie do tego, by interes kręcił się bez przeszkód.

Dobrze jednak, że coraz częściej posunięcia prawne wspierane są działaniami prewencyjnymi. Na przykład – jak podaje Mahler – Bank Światowy oferuje po­życzki krajom dotkniętym tą plagą społeczną na programy kształcenia dziewcząt. Do akcji prewencyjnych włączają się także lokalne organizacje pozarządowe, działające zarówno w krajach zachodnich, jak i rozwijających się. Droga jest dłu­ga i żmudna, lecz cel wart jest maksymalnego zaangażowania. Również w tym wypadku największą szansę – tak jak w walce z biedą – stanowi edukacja, o któ­rej piszę dalej właśnie w kontekście biedy.

Hipokryzja Zachodu w kwestii globalnego seksbiznesu

Ludzie zaangażowani w działalność gospodarczą określaną jako seksbiznes są oficjalnie nazywani „pracownikami w branży seksu” (sex workers). Jak stwierdza Poulin, seksbiznes stał się sektorem światowej ekonomii. Przytoczone ter­miny pokazują, jak odległe od humanitarnych wartości stały się standardy global­nej wymiany. Ale globalny rynek, powtarzam, jest wolnym rynkiem, niezależnie od rodzaju towaru, jakim się na nim handluje. Zgodnie z podstawową zasadą eko­nomii podaż towaru dyktowana jest wielkością popytu. A popyt na atrakcyjny, globalny towar w postaci usług seksualnych świadczonych przez młode kobiety, mężczyzn i dzieci obu płci przeżywa rozkwit. Korzystają z niego nie tylko tury­ści. Nie należy do rzadkości sytuacja, gdy wysyła się kobiety do żołnierzy oku­pujących jakiś kraj albo stacjonujących w nim w ramach ONZ-owskiej ochrony ludności. Nowa, bo licząca zaledwie kilkanaście lat, jest forma aranżowania mał­żeństw, w których jedyną wartość stanowi atrakcyjność usług seksualnych, jakie świadczyć będzie żona, mimo że w procesie rekrutacji obiecuje się po prostu wyj­ście za mąż za człowieka z zasobnym portfelem. Małżeństwa te kończą się zresz­tą szybko – przekazaniem „zużytego towaru” w dalszy obieg. Dziewczęta są też zwabiane obietnicą pracy jako niańki czy pomocy domowej. W istocie stają się seksualnymi niewolnicami.

Seksbiznes obrósł – tak jak inne przemysły – pomocnymi i zarazem spe­cyficznymi instytucjami, takimi jak bary, kluby dansingowe, salony masażu, skle­py oraz sale filmowe oferujące materiały pornograficzne, zresztą z możliwością otrzymania od razu wybranej usługi. Wszystkie są częścią podziemnej ekonomii, kontrolowanej przez alfonsów w gangowo-mafijnych organizacjach. Jednocze­śnie – jak stwierdza Poulin – cała ta siatka instytucji wspierających jest powiązana w wielu krajach z oficjalnym biznesem turystycznym, a od tego prze­mysłu rządy tych państw również są uzależnione. W państwach azjatyckich, ta­kich jak Tajlandia, Indonezja, Malezja czy Filipiny, prostytucja stanowi od 2% do 14% dochodu narodowego. Obecnie roczny dochód z przemysłu erotycznego ocenia się na około 10 miliardów dolarów rocznie, choć – naturalnie – nikt nie zna rzeczywistych kwot obrotu i dochodu; mogą być one znacznie większe. Nic dziwnego, że wobec ekonomicznego powodzenia tego sektora, w roku 1987 rząd Tajlandii promował turystykę seksualną, używając w reklamach następującego sloganu: „Owocem, który jest bardziej smakowity niż durian, są młode tajlandzkie kobiety”. Jednocześnie na stronach internetowych pojawiają się reklamy dziecięcej pornografii, z których wynika, że można w tym kraju „zamówić” nie­letnią dziewczynkę lub dwie (naraz lub osobno) za cenę kanistra benzyny! Na marginesie – benzyna nie jest tam droga.

Ogromny wzrost zatrudnienia w seksbiznesie sprawił także, że nawet niektóre międzynarodowe organizacje walczące o prawa człowieka, jak Międzynarodowa Organizacja Pracy, dostrzegają ekonomiczną siłę tego biznesu i postulują rozsze­rzenie przywilejów pracowniczych na „robotników” z tego sektora, włączając w to poprawę warunków pracy. To przerażające, że instytucje międzynarodowe muszą bezradnie ulegać potędze zja­wiska i próbują podejmować działania w celu poprawy status quo. Tym samym, niestety, oficjalne organizacje traktują prostytucję jako rodzaj zawodu. Nie dziwi, więc fakt, że tradycyjnie ten proceder nazywany jest „najstarszym zawodem świa­ta”. Ale dzisiejsza uprzemysłowiona globalna prostytucja jest mało podobna do swojej antycznej babki. Pierwsza różnica opiera się na fakcie, że współczesny klient ma możliwość wyboru spośród egzotycznych młodych ciał – zależnie od wyszukanych preferencji: poczynając od brazylijskich rosłych dziewcząt, przez de­likatne Filipinki i ciemnoskóre Kubanki, na jasnoskórych Rosjankach kończąc. Druga różnica polega na tym, że dzisiejsza prostytucja nie jest – tak jak była kie­dyś – źródłem zarobku małej grupy ludzi, lecz stanowi jeden ze zorganizowanych w szerokich strukturach sektorów globalnej ekonomii.

Intratność globalnego handlu seksem

Globalny handel narkotykami ma potężnego ekonomicznego konkurenta – jest nim handel seksem. Ale nie jest to rywalizacja polegająca na wzajemnym wyniszczaniu się, lecz dotyczy wielkości odnoszonych zysków. Te zresztą często się zazębiają; a więc nie są to nawet prawdziwi rywale, lecz partnerzy – globalni współgracze. Zwiększona wskutek procesów globalizacyjnych przepaść między warunkami ży­cia mieszkańców tzw. Pierwszego Świata a sytuacją obywateli Trzeciego Świata spowodowała nasilenie się migracji, głównie do krajów zachodnich. Mimo handlo­wego otwarcia granic, na emigrantów czekały jednak wielkie utrudnienia. Ich głównym powodem było kurczenie się rynku pracy w krajach Zachodu, co z kolei miało swoje źródła w outsourcingu oraz gwałtownej automatyzacji pracy reduku­jącej liczbę stanowisk. Omawiane problemy zbiegły się z eksplozją globalnego ter­roru, która wpłynęła na znaczne obostrzenie zasad emigracyjnych. Zdaniem Em­mersa, te czynniki doprowadziły do rozkwitu organizacji zajmujących się nielegalnym przemytem ludzi.

Niektóre źródła podają, że lukratywność biznesu szmuglowania ludzi ustę­puje jedynie zyskom przemysłu zbrojeniowego oraz narkotykowego. Przemytowi „żywego towaru” sprzyja fakt, że szmuglerzy są narażeni na małe ryzyko wpadki, a jeśli już do niej dojdzie, kary za to przestępstwo są minimalne w porównaniu z tymi, które grożą za handel narkotykami. Sam proces szmuglowania jest znacznie bardziej skomplikowany i wyrafinowany, niż się powszechnie sądzi, i wcale nie ogranicza się do zorganizowania przeprawy przez granicę. Grupy zajmujące się przemytem „żywego towaru” zdobywają też dla swoich klientów sfałszowane lub skradzione paszporty. A ponieważ więk­szość tychże klientów jest tak uboga, że nie stać jej na opłatę z góry, stają się więc oni niewolnikami, którzy pracując nielegalnie w nowym kraju, wypłacają się or­ganizacjom przemytniczym często przez wiele lat. Ich paszporty są zwykle konfi­skowane przez bossów po dotarciu do miejsca przeznaczenia. Rozpoczyna się to­talna eksploatacja i wyzysk, ponieważ nielegalny emigrant nie ma żadnych szans na odwołanie się do policji czy innych organów porządku publicznego. Oznacza­łoby to bowiem aresztowanie i deportację, której kosztami obciąża się nielegalne­go emigranta.

Wśród osób szmuglowanych, oprócz robotników zatrudnianych przy pracach fizycznych. W przeważającej części są to kobiety, a wśród nich wiele nieletnich, czasami bardzo małych dziewczynek. Zachód coraz bardziej jednak ujawnia apetyt seksualny na chłopców i młodych mężczyzn. Ocenia się, że tylko w Japonii w przemyśle erotycznym pracuje (czyli świadczy usługi seksualne) około 150 ty­sięcy kobiet przeszmuglowanych głównie z krajów azjatyckich. ONZ podaje, że rocznie około 200 tysięcy kobiet jest przemycanych z Azji Południowo-Wschod­niej na Zachód, głównie do USA, Kanady, Australii, Japonii, lecz także do Singa­puru czy Malezji. Głównymi zaopatrzeniowcami w „żywy towar” – im bardziej nieletni, tym lepiej (o, zgrozo!) – są Filipiny, Indonezja i Kambodża. Niektóre kobiety są najpierw szmuglowane do krajów (miast) tranzytowych (Hongkongu czy portów Tajlandii), gdzie dochodzi do „dystrybucji”. Przebiega to tak, jakby towa­rem nie byli ludzie, lecz przedmioty. Określenie „dystrybucja” oznacza w tym kontekście krańcowe utowarowienie ludzi, którzy przechodzą selekcję po­dobną do tej, jakiej byli poddawani przed 200 laty afrykańscy niewolnicy. ILO szacuje, że około 1,8 miliona dzieci w skali świata jest wykorzystywanych do prostytucji i pornografii, z czego aż 1,2 miliona jest „eksportowanych” z kraju rodzimego „pracownika seksbiznesu” do innych krajów.

Zjawisko rekrutowania do przemysłu erotycznego nie ogranicza się do kra­jów Trzeciego Świata. Gangi z Rosji i krajów byłych republik sowieckich, w tym Ukrainy, szybko zorientowały się, jak intratny to biznes i dziś kontrolują cały ry­nek Europy Wschodniej, Centralnej i częściowo Zachodniej. Z rynku zachodnie­go nie chcą zrezygnować poprzedni władcy, co jest dodatkowym zarzewiem walk w świecie przestępczym. Oczywiście, nie tylko Europejczyk jest odbiorcą tego „towaru”. Japończycy – w których kulturze umiera tradycja gejszy – chętnie prze­stawili się na nowoczesny światowy trend korzystania z łatwo dostępnego „sek­sualnego towaru”, który ma zupełnie inną naturę niż „wysmakowana” gejsza. Wobec przemian norm społecznych, nieakceptujących „posiadania” stałej partnerki poza małżeństwem, a także (bardzo ważny czynnik) z braku czasu, popyt na szyb­kie formy zaspokojenia popędu seksualnego wciąż w Japonii rośnie. Na liście usługobiorców wykazujących duże zapotrzebowanie na płatny seks znajduje się zarówno Izrael, jak i jego polityczni wrogowie – kraje arabskie, zwłaszcza z rejo­nu Zatoki Perskiej. W tych ostatnich krajach odbywa się to zresztą ciszej – jak stwierdza autor – niż w innych. Trudno jednak zdecydować, który ze sposobów prowadzenia tych usług jest bardziej etyczny!

Jak wspomniałam, w wyniku azjatyckiego kryzysu finansowego z lat 1997-98 gwałtownie nasilił się przemyt kobiet i dziewczynek z Indonezji i państw z nią są­siadujących. Powstała nowa kategoria w handlu międzynarodowym, określana mianem „współczesnych niewolników”. Alternatywna nazwa brzmi „rekruci do armii seksu”. Problem osiągnął ogromne rozmiary. Bieda powo­duje bowiem, że to rodziny oddają młode dziewczęta do seksbiznesu, gdyż często jest to jedyna możliwa do zdobycia praca, która zapewni przetrwanie. Życie tych dziewcząt trwa zwykle bardzo krótko – wiele 14-,15-letnich kobiet-dzieci umiera w wieku 20 lat na skutek AIDS. Z ich śmiercią kończy się „dobrobyt” rodziny, która z powodu nędzy zaprzedała dziecko ziemskiemu diabłu.

Jak walczyć z globalnym przemysłem narkotykowym?

Walka z przemysłem narkotykowym (produkcją i przemytem) jest wielkim wy­zwaniem, z którym jak dotąd nie poradziły sobie żadne rządy – ani demokratycz­ne, ani totalitarne – ani żadne organy międzynarodowe. Niszczenie pól afgańskich czy kolumbijskich wieśniaków hodujących rośliny halucynogenne nie jest wyjściem, podobnie jak nie jest nim wysłanie regularnej armii do kraju produk­cji i przemytu narkotyków (jak to nieskutecznie robili Amerykanie w Kolumbii). Dobrym rozwiązaniem byłoby ustanowienie lepszego międzynarodowego prawa dotyczącego przemytu. Ale z tym prawem, podobnie jak z każdym innym, jest taki problem, że potrzeba armii stróżów, która by pilnowała jego przestrzegania. A wiadomo, że granice morsko-lądowe są dziś słabo strzeżone, wskutek czego tony narkotyków czy setki sztuk broni dla mafii są przemycane w ogromnych kontenerach z żywnością, sygnowanych nawet przez taką instytucję, jak UNE­SCO (oczywiście, kontrabanda jest podrzucana do tych kontenerów). Warto w tym kontekście wspomnieć, że zaledwie 4-6% przybywającego do portów USA cargo jest dokładnie kontrolowane. Na więcej nie ma ani czasu, ani pienię­dzy. Prawdopodobieństwo udanego przemytu jest więc całkiem duże; i to nie tyl­ko w tym kraju.

Współpraca międzynarodowa w zakresie wspomnianej kontroli jest także utrudniona z powodu tajności niektórych informacji oraz ze względu na specy­ficzne cechy narodowych jurysdykcji. Poza tym, rządy wielu krajów są politycz­nie i ekonomicznie uzależnione od karteli narkotykowych – o czym pisałam na wstępie tej analizy – więc nie będą przestrzegać prawa, nawet jeśli się pod nim podpiszą. Najskuteczniejszym sposobem walki z narkotykami na świecie jest – zdaniem Emmersa – edukacja społeczeństw, która doprowadziłaby do obniżenia się popytu na „białą śmierć”. Dotychczas kraje zachodnie – główny odbiorca narkotyków – robią niewiele albo nic w kwestii zmniejszenia apetytu na halucynogenny towar. Globalny narkodolar ma się dzięki nim coraz lepiej.

Podbój świata przez narkotyki syntetyzowane w kuchni

Nową tendencją w narkotykowym biznesie jest powstanie podsektora produkują­cego substancje syntetyczne. Wytwarzane w przysłowiowej kuchni (w piwnicach, na strychach, w szopach, ale też w laboratoriach naukowych, a jakże!) syntetycz­ne narkotyki błyskawicznie zdobywają globalny rynek i stają się konkurencyjne dla tradycyjnych substancji, ponieważ są tak łatwe do wytworzenia, że może się tym zająć każdy, w tym osoby bez wykształcenia. Narkotyki syntetyczne są poza tym silniejsze niż heroina i tańsze niż jakikolwiek narkotyk „rosnący w ziemi”. Jednym z najbardziej śmiercionośnych jest popularna amfetamina. Kontrolę nad tym ryn­kiem syntetyków również sprawuje międzynarodowa mafia.

Z amfetaminą zaczyna rywalizować metamfetamina, znana globalnemu klien­towi jako „met”. Jej popularność rośnie i w Ameryce, i w Japonii (gdzie stanowi blisko 90% używanych narkotyków!), i w Polsce. Jak podaje Kowalska, w naszym kraju ten syntetyk reprezentuje obecnie zaledwie 10% narkotykowego rynku, ale u nas jest to aż, a nie zaledwie 10%. Kwitnie zarówno przemyt metamfetaminy, jak i jej produkcja domowa (jak w większości wypadków, wyproduko­wany w ten sposób towar jest jeszcze bardziej trujący). Poza tym jest ona tańsza od amfy i można ją przyjmować na wszystkie możliwe sposoby, także przez od­byt. No i – jak ekspresyjnie stwierdza autorka – daje ona momentalnie takiego eu­forycznego kopa, że wytrawni użytkownicy narkotyków twierdzą, iż nie da się go porównać z żadnym innym. Równie nieporównywalne są, niestety, koszmarne wręcz efekty jej używania – szybkie i tragiczne zrujnowanie organizmu. Mimo to w różnych krajach, także w Polsce, służby medyczne umieszczają ją na odległej pozycji swojej listy narkotykowych zagrożeń. Władza i w tym wypadku nie nadą­ża za dynamiką nielegalności.

Leki na recepty nowym konkurentem narkotyków

Niezwykle surowe kary, jakie wymierza się w USA za posiadanie narkotyków, a szczególnie za handel nimi (nawet na linii „od kumpla do kumpla”), przyczyniły się do zmiany narkotykowej obyczajowości. Skutkiem tego jest nadużywanie leków sprzedawanych na receptę, które staje się w tym kraju problemem równym zażywa­niu tzw. narkotyków ulicznych, z wyjątkiem marihuany. Banta podaje, że w ciągu ostatnich lat obserwuje się mniejsze zainteresowanie takimi narkotykami, jak speed czy heroina. Drastycznie natomiast wzrosło nadużywanie legalnych medy­kamentów, zwłaszcza przez kilkumilionową rzeszę nastolatków. Są to głównie leki przeciwbólowe typu oxycontin lub vicodin, a także lekarstwa redukujące stany lęko­we, takie jak valium czy xanax, oraz zmniejszające nadpobudliwość, wśród których prym wiedzie słynny ritalin.

Wiadomo, że w USA lekarze hojną ręką przepisują te leki – zarówno dorosłym, jak i dzieciom. Jest to najprostszy środek pozwalający na utrzymanie fizycznego i psychicznego komfortu – tak ważnego w kulturze za oceanem. Lekomania jest więc normą, sprytnie napędzaną przez potężny przemysł farmaceutyczny, który re­klamy swych wyrobów kieruje oddzielnie do cierpiących i do lekarzy.

Lekomania dorosłych Amerykanów stanowi zachęcający wzór dla dzieci, tym bardziej że materiału do jej „uprawiania” jest pełno w domowych apteczkach, do których dzieci mają swobodny dostęp. Zresztą nie ma problemu z uzyskaniem od le­karza recepty na lek, ponieważ każdy objaw fizycznego dyskomfortu jest traktowany bardzo serio. I właśnie ze względu na łatwość zdobycia i niższe ceny lekarstw na re­cepty w porównaniu z nielegalnymi narkotykami, zjawisko uzależniania się od ap­tecznych specyfików się nasila. Doskonałym dostawcą, a zarazem kanałem umożli­wiającym globalne rozprzestrzenianie się leków w przypadku, gdyby władze któregoś kraju wzięty pod swój nadzór lokalny rynek (wtedy także do armii przemyt­ników tradycyjnych narkotyków dołączą zapewne specjaliści w międzynarodowym przemycie leków), jest Internet. Tak jak dziś tą drogą sprzedaje się viagrę.

Rosnący popyt na narkotyki i poszerzanie się ich asortymentu

Williams i Milani oceniają, że na przełomie mileniów liczba stałych i oka­zjonalnych użytkowników substancji narkotycznych wynosiła 200 milionów. Najbardziej lukratywne są nadal rynki zachodnie, a głównym odbiorcą tego towa­ru – Stany Zjednoczone. Warto dodać, że w USA uprawia się więcej niż kiedy­kolwiek dotąd konopi (surowca, z którego wytwarza się marihuanę), co przynosi zysk w wysokości około 25 miliardów dolarów rocznie i stawia ten produkt rolny na równi z dwoma innymi najbardziej dochodowymi: soją i kukurydzą. Ale konsumpcja narkotyków gwałtownie rozprzestrzenia się na no­we rynki, włączając Europę Wschodnią, południowo-wschodnią Azję i Afrykę, gdzie pigułki ecstasy, a także kokaina i heroina stają się coraz bardziej popularne. Nowością jest fakt, że popyt na narkotyki wzrasta także w krajach je produkują­cych – od Kolumbii, przez Pakistan, Wietnam, Chiny, po Rosję. Kiedyś narkotyki tylko się tam produkowało, dziś także się ich tam używa. Dołączyła nawet do tej listy nieobecna wcześniej na narkotycznej mapie Afryka – zarówno jako produ­cent, jak i konsument tego towaru. Globalne koło bogactwa, biedy i odurzenia za­mknęło się. Demografia wewnątrznarodowa użytkowników także straciła na sztywności. Tradycyjnie narkomania była wcześniej zjawiskiem miejskim. Dziś – jak podają Williams i Milan – aż 41% zarejestrowanych uzależnionych to mieszkańcy spoza miejskich aglomeracji.

Jak pisze Shannon, globalizacja odcisnęła swoje piętno w szczególny sposób – i prawdopodobnie jak dotąd jedyny lub przynajmniej wyraźnie widocz­ny – na Afganistanie. Jest to sposób… nadspodziewanie narkotyczny. Otóż po obaleniu Talibanu Afganistan stał się głównym światowym dostawcą opium i he­roiny. Z maku uprawianego przez wieśniaków z tego kraju produkowanych jest 80% światowych dostaw opium. Administracja Busha – choć wyraźnie tym sfru­strowana – nie miała jednak odwagi wysłać do Afganistanu wojsk w celu zniszczenia makowych plantacji, by nie wzbudzić wzajemnej wrogości setek ty­sięcy ubogich ludzi, których życie zależy od tych upraw. Próbuje się więc ścigać przemytników, ale niebotyczna korupcja uniemożliwia lub gasi w zarodku takie próby. Paradoksalnie można więc powiedzieć, że dzięki opium Afganistan stał się częścią globalnej gospodarki! Inaczej byłby wciąż poza jej zasięgiem. Niestety, duża część zysku z tego handlu jest przeznaczona na zakup broni dla Talibanu.

Natura boomu narkotycznego i sity go napędzające

Szacowana na przełomie mileniów wartość międzynarodowego handlu narkoty­kami wyniosła około 400 miliardów dolarów. Dziś, kilka lat później, suma ta jest prawdopodobnie znacznie większa. Zy­ski tego segmentu w skali świata – jak stwierdzają Williams i Milan – ustępują je­dynie dochodom przemysłu zbrojeniowego i informatyczno-medialnego. Podob­nie jak te dwa sektory ekonomiczne, przemysł narkotykowy stał się poważnym graczem na arenie globalnej ekonomii, oprócz przemysłu samochodowego, far­maceutycznego czy bankowości.

Pożądany czy potępiany – przemysłu narkotykowego nie sposób ignorować – zarówno ze względu na wartość narkodolarów, jak i na oferowany przezeń ry­nek pracy, pozwalający milionom wieśniaków uniknąć krańcowej biedy. Na przy­kład w Afganistanie uprawy narkotyków niesłychanie zwiększyły się po upadku Talibanu. Podobnie jest w central­nej Azji, gdzie około 50% populacji wiejskiej uprawia jakiś narkotyk. Nie może on być lekceważony również z uwagi na konsekwencje, jakie ponoszą ludzie, mający łatwy dostęp do „białej śmierci”. Jest to zatem – ja­sno stawiają sprawę Fiske oraz Williams i Milani – nie tylko ogromny ka­pitał finansowy, lecz także władza i kontrola nad światową polityką. Kartele stać, na przykład, na zakup najbardziej nowoczesnego sprzętu militarnego, aby wyko­rzystywać go w przemycie towaru. W razie potrzeby, posłużą się nim, by zabijać tych, którzy staną im na drodze. Paradoksem jest, że takiego sprzętu nie produ­kuje się w Kolumbii, lecz w krajach na wskroś zachodnich, które deklarują walkę z tym przemysłem.

Chociaż zyski z handlu narkotykami są nielegalne, stały się jednym z potęż­nych źródeł budżetowych w wielu rozwijających się krajach. Wykorzystywane są m.in. do pokrywania deficytów budżetowych i finansowania legalnych przedsię­biorstw lub – przeciwnie – doprowadzania ich do bankructwa. Na przykład w la­tach 90. w Brazylii kartel narkotykowy zmonopolizował jedną z podstawowych niegdyś gałęzi przemysłu tego kraju, mianowicie produkcję i sprzedaż kawy. Po prostu dzięki fortunie zbitej na „białej śmierci” kartel sprowokował drastyczny spadek cen kawy, co doprowadziło małych i średnich producentów do bankruc­twa. Ale fakt, że zaangażowanie się w przemysł narkotykowy jest dla wielu ubo­gich wieśniaków jedynym sposobem na utrzymanie rodziny, prowadzi do takich paradoksów, jak ten, że jeden z największych mafiosów w brazylijskim przemy­śle narkotykowym, Jabes Rebelo, wybrany został w 1994 roku do kongresu! A aferę ze zmonopolizowaniem rynku kawy zaaranżował z kolei jego brat. Oto obraz tego, co nazywa się rzeczywistą władzą. Nie tylko w Brazylii, lecz w skali całego świata przemysł narkotykowy zaburza funkcjonowanie zdrowych instytu­cji społecznych i hamuje postęp społeczno-polityczny.

Lokalizacja kwatery zarządzania karteli ma wyraźnie globalny charakter i obejmuje wszystkie kontynenty, poczynając od słynnych ze swojej agresyw­ności na tym rynku krajów, jak Kolumbia czy Meksyk, przez triadę Hongkong – Tajwan – Chiny, japońską yakuzę, sycylijską cosa nostrę oraz jej „siostrę” la cosa nostrę z bazą w Nowym Jorku, kończąc na mafiach w Rosji i innych krajach europejskich. Mają one szeroko rozpostarte macki i gdy trzeba, znacznie sprytniej i globalnie ze sobą współpracują niż jakiekolwiek polujące na nie międzynarodo­we organy ścigania. A gdy interesy kolidują – krew leje się strumieniami; nie tyl­ko lokalnie, lecz też globalnie. Działania międzynarodowych mafii narkotyko­wych są obecnie skuteczniejsze, ponieważ – inaczej niż w przeszłości – ich szefowie nie są prostakami. To nierzadko ludzie z wyższym wykształceniem, zatrudniający jeszcze lepiej wykształconych profesjonalistów. Jednak stałymi ele­mentami ich tradycyjnego profilu osobowościowego pozostają bezwzględność i okrucieństwo.

Podział zysków pochodzących z wytwarzania narkotyków i handlu nimi wy­daje się drastycznie niesprawiedliwy, choć jest – o, ironio! – uderzająco podobny do systemu podziału zysków w wielkich, legalnych korporacjach. Zgodnie z da­nymi International Drug Watch, dystrybutorzy za­trudnieni w kraju konsumenta otrzymują 54% zysków, przemytnicy na trasach międzynarodowych 26%, przetwórcy 15%, a producenci (głównie indywidualni chłopi, choć nie tylko, bo istnieją przecież wielkie plantacje surowców do produk­cji „białej śmierci”) – jedynie 2-5%. Wokół globalnego biznesu narkotykowego rozwinęła się niesłychana korupcja, łącznie z przepłacaniem polityków, którzy de­cydują o deregulacjach finansowych ułatwiających przemyt. Fabre podaje, że większość początkowego kapitału inwestowanego w Rosji w legalne biznesy (sklepiki, restauracje itp.) pochodzi z czarnego rynku (głównie narkotykowego).

Autor ten szacuje, że z tego źródła jest też finansowana ponad połowa inwestycji na rosyjskim rynku nieruchomości. „Kapitał narkotykowy” jest masowo wprowadzany w różnych krajach na rynek operacji giełdowych, co przyczyniło się do spektakularnych krachów, takich jak w Meksyku w 1994 roku czy w Taj­landii dwa lata później. Na obu rynkach odbywał się – zgodnie ze slangiem tego biznesu – recykling narkodolarów, przez które rynek finansowy był tam sztucznie rozdmuchiwany. A gdy pękł jak bańka mydlana – zatrzęsła się w posadach nie tylko ekonomia danego kraju, lecz również cała globalna gospodarka. Jednym ze skutków takiego przebiegu zdarzeń jest to, że biedni stają się jeszcze biedniejsi. No, chyba że… uprawiają mak – wtedy przynajmniej przeżyją.

Globalizacja a prosperity przemysłu narkotykowego

Prywatyzacja i deregulacja rynku światowego, które nastąpiły na przełomie lat 80. i 90. i były związane z procesami globalizacyjnymi, stanowiły niesłychaną pożywkę dla bezprecedensowego rozwoju korporacji działających w ramach tzw. przemysłu narkotykowego. Określenie „kor­poracja” jest w pewnym sensie nieścisłe, gdyż w przeciwieństwie do legalnych megafirm, które gromadzą swoje zyski, stosując się stricte do reguł wolnej kon­kurencji, w wypadku narkobiznesu oprócz aspektu „wolnorynkowości” dominuje odwoływanie się do przemocy.

Coraz wyraźniej widoczne dysproporcje ekonomiczne, bezrobocie oraz nie­pokój związanym utrzymaniem zatrudnienia dodają impetu przemysłowi narko­tykowemu. Z jednej strony, świat – dziś już nie tylko zachodni- coraz bardziej pożąda narkotyków, z drugiej strony – dostępność „atrakcyjne­go” towaru podsyca popyt. Dlatego też globalna konsumpcja narkotyków eks­ploduje – nasila się i podaż, i popyt. Powstały nowe strefy produkcji i przemytu narkotyków, a te już istniejące zmodernizowały sposoby funkcjonowania, dosto­sowując się do wymogów wolnego globalnego rynku. Wskutek tego legalna go­spodarka światowa jest w dużym stopniu infiltrowana i zależna od tak zwanego narkodolara, z którym w bliskich relacjach pozostaje seksodolar.

Monopolizacja w przemyśle medialnym

Do końca lat 70. ubiegłego wieku system medialny odznaczał się narodowo-lokalnym charakterem. Oznacza to, że różne agencje radiowo-telewizyjne miały swoich przedstawicieli w poszczególnych krajach, co było prawnie umocowane w obrębie danego państwa. Wraz z nastaniem ery globalizacji rozpoczął się gwał­towny proces deregulacji i prywatyzacji mediów oraz systemów komunikacyj­nych, co zbiegło się z boomem technologii satelitarnych i zainicjowało pro­ces tworzenia ponadnarodowych korporacji medialnych. Stawały się one coraz sprawniejszym narzędziem zarządzania globalizacją, to znaczy – jak stwierdza McChesney – narzędziem ekonomicznego i kulturowego sterowania nią, promującego wartości konsumenckie. Ross cytuje wypowiedź jednego z bossów koncernu medialnego, który powiedział wprost, że media istnieją po to, by służyć reklamom, że jest to wręcz ich raison d’etre.

Zbicie majątku, przy jednoczesnym zachowaniu pełnej kontroli nad przekaza­mi wysyłanymi przez systemy medialne, możliwe jest wtedy, gdy wszystko, co jest związane z informacją, znajdzie się w jednych rękach. W związku z tym jedna firma zajmująca się mediami gigantycznie się rozrasta i wyodrębniają się w niej skomplikowane układy różnych wyspecjalizowanych rodzajów produkcji i usług. Widać to w łączeniu produkcji filmowej z dokonywaniem telewizyjnych adaptacji filmów kinowych, z publikacją książek, tworzeniem i rozpowszechnianiem muzy­ki, uruchamianiem sklepów z materiałami medialnymi, wydawaniem czasopism, czy nawet z otwieraniem parków rozrywki. Ta sama firma medialna prowadzi tak­że ośrodki łowienia talentów oraz centra odpowiedzialne za rozpowszechnianie ca­łej masy wyprodukowanych przez siebie towarów. Część tych centrów stanowią nawet instytucje badawczo-marketingowe (gdzie, notabene, zarabia się znacznie lepiej niż przy wykonywaniu próbnych badań w ramach pracy na uniwersytecie). Wiele korporacji medialnych dysponuje sieciami telewizyjnymi, a w nich służbami rozpoznawania lokalizacji stacji satelitarnych oraz ich instalacji.

Zysk, jaki przyniosłyby te segmenty medialne funkcjonujące oddzielnie, był­by znacznie mniejszy – jak stwierdzają McChesney i Owolabi – niż w przypadku, gdy segmenty te stanowią część wielkiego systemu. Jedna firma może na przykład przerobić film na ścieżkę dźwiękową udostępnianą w systemie CD, na książkę (lub odwrotnie) czy na zabawki, które przedstawiają bohaterów wielkiego ekranu. Może również dokonać opracowania go w wersji telewizyjnej, jako gry komputerowej albo stworzyć manekiny filmowych postaci, by wykorzy­stywać je do reklam w parkach rozrywki, a w miniaturze sprzedawać jako gadże­ty. Te wszystkie formy jednego produktu stanowią skumulowany przekaz marke­tingowy skierowany do odbiorcy. Firmy, które nie dysponują takimi medialnymi konglomeratami, nie wytrzymują konkurencji.

Medialni bonzowie obawiali się, że z chwilą pojawienia się Internetu zmaleje siła ich monopolu. Stało się wręcz odwrotnie – Internet został w znacznym stopniu skolonizowany przez koncerny medialne, co doprowadziło do przekształcenia glo­balnych monopoli w – jak je nazywa McChesney – globalne kartele komuni­kacyjne. Słowem, dzisiejsze korporacje komunikacyjne stanowią fuzję mediów sło­wa drukowanego, radiofonii, łączy telewizyjnych oraz telewizji kablowej, filmu, software’ów, telekomunikacji, rozrywki oraz turystyki. Swój potencjał finansowy budują na bazie reklam nadawanych wszystkimi możliwymi kanałami: słucho­wym i wizualnym, ale też smakowym, węchowym i dotykowym (owszem, żurnale zawierają próbki produktów, które można powąchać lub sprawdzić dotykiem ich fakturę).

Nasilanie się koncentracji wpływów medialnych jest skutkiem powstawania superkorporacji, których programy, a wraz z nimi typ kultury preferowany przez właścicieli koncernów docierają do wszystkich zakątków naszego globu. Świad­czą o tym następujące statystyki: w 1990 roku 17 największych korporacji medialnych wypracowywało około 50% zysku w całym rynku świato­wym. Nieokiełznana w tym superintratnym biznesie konkurencja wymusiła dal­sze fuzje wielkich kompanii. O ile w roku 1981 było 46 wielkich graczy medial­nych, o tyle dziesięć lat później, w 1991 roku, ich liczba spadła do 23. A już w roku 2003 jedynie siedem megakorporacji liczyło się w dziedzinie masowej ko­munikacji. Tylko sześć lat wcześniej, w 1997 roku, było ich dziewięć, wśród któ­rych zaledwie jedna (Bertelsmann) reprezentowała inny niż amerykański mono­pol medialny. Wśród tych ostatnich prym (mierzony wielkością rocznego zysku – od kilkudziesięciu do kilkunastu miliardów dolarów rocznie) wiedzie Time Warner Communications, a tuż za nim plasuje się Disney Co. Dalsze miejsca zajmują Viacom, Murdoch’s News Corporation, Sony, TCI (Tele-Communications Inc.), Universal oraz NBC.

Przewidywania co do przyszłości tych monopolokarteli są jednoznaczne. Je­śli nie zmienią się dotychczasowe trendy w dziedzinie mediów, wkrótce informa­cjami na świecie będzie zarządzać jeszcze mniej „rekinów” mass mediów. Okre­ślenie „medialne kartele” stanie się trafniejsze niż kiedykolwiek.

Wzrostowi kontroli informacji przez megakorporacje towarzyszy zażarta walka o prawa patentowe, mające zabezpieczać ekonomiczne interesy tych kom­panii, którym udaje się stworzyć dobrze sprzedającą się informację, opartą za­równo na rozwiązaniach technologicznych, jak i na tworzeniu nazw zamkniętych w jednowyrazowych sloganach. Na przykład, powstałe w latach 90. ubiegłego wieku sklepy internetowe uruchomiły lawinę pozwów sądowych o prawa do nazw firm lub usług oferowanych via Internet. Dużą popularność zdobyły między innymi drukowane standardowo lub zamieszczane w sieci książeczki, które za­wierały napisane prostym językiem instrukcje korzystania z high-tech pod nazwą For dummies, czyli „Dla głuptasów”. Jeśli ktoś chciał stworzyć stronę interneto­wą o nazwie – powiedzmy – Dummies can use, czyli „Nawet głuptas potrafi to zrobić”, pozwy opiewały na miliony dolarów. Oczywiście, im potężniejsza korpo­racja, tym liczniejsza armia prawników walczących o zabezpieczenie patentów swoich klientów.

Ponieważ funkcjonowanie mediów zasadza się na prawach wyłącznie komer­cyjnych, „orientacja na zysk” – jak stwierdza Oswaldo – staje się świętością. Para­dygmat konsumenta – jak to nazywa cytowany autor – oznacza, że treść informacji sprowadza się do nic nieznaczącego, trywialnego spektaklu rozrywkowego. W każdym kraju odbiorcy są wręcz zalewani banalnymi serialami (często adapta­cjami seriali zachodnich ze śmiechem w tle). Natomiast ważne przekazy informa­cyjne stają się dostępne jedynie dla tych, którzy są w stanie za nie zapłacić. Utrud­nianie odbiorcom dostępu do istotnych informacji (obwarowanego opłatami, na które wielu osób po prostu nie stać) czyni z nich jedynie biernych konsumentów banalnej informacyjnej taniochy. Ten w dużym stopniu skomercjalizowany system medialny nie jest zatem – jak twierdzi McChesney – z natury rzeczy zainte­resowany prawdziwym dziennikarstwem, które poruszałoby ważne sprawy spo­łeczne. Służąc biznesowi, na margines wyrzuca takie idee, jak sprawiedliwość czy demokracja. Nie wszystko, rzecz jasna, w tych mediach jest złe. Promują one bo­wiem nieraz, na przykład, idee antyrasistowskie, antyseksistowskie czy antyautorytarne, a także ukazują tragizm polaryzacji bogactwa i biedy. Ale takie przekazy – jak dodaje cytowany autor – giną w masie tandety, a poza tym umieszcza się je w takim kontekście innych newsów, by i one przynosiły stacjom profity.

Jakie rozwiązania przerwałyby zmonopolizowanie informacji i uczyniły mass media bardziej demokratycznymi? Owolabi proponuje następujące działania: Po pierwsze, należy doprowadzić do sytuacji, w której sami obywatele byliby twórcami informacji, a nie tylko płatni specjaliści. Trend ten powoli się zresztą wyłania m.in. poprzez takie formy, jak YouTube. Po drugie, konieczne są prawne ograniczenia dotyczące bezwzględnych reguł stosowania praw autorskich. Po trzecie, trzeba zwiększyć różnorodność źródeł informacji, tak by pochodziły od wielorakich nadawców, nie tylko od reprezentantów świata zachodniego, i by wyrażały nie tylko męski punkt widzenia. Tak, w tym biznesie wciąż pierwsze skrzypce gra jedna płeć, która także w innych dziedzinach rządzi globalnym świa­tem. Słowem, jak konkluduje Owolabi, a wtóruje mu McChesney, więk­sza demokratyzacja komunikacji medialnej jest podstawą uzyskiwania zróżnico­wanych i wiarygodnych informacji. Dążenie do tego sprzyja zmianie służebnej roli mass mediów wobec sposobu uprawiania globalizacji, w jaki przebiega ona dzisiaj.