Archive for the ‘Globalizacja demograficzno – społeczna’ Category

Czy bogactwo to szczęście i czy Pan Bóg chce, byśmy byli bogaci?

Prawda jest znana od dawna: choć krańcowa bieda sprawia, że poczucie szczęścia jest człowiekowi obce, nie ma większej różnicy między poziomem zadowolenia z życia u ludzi bogatych i biedniejszych. I zadowolenie to wcale nie rośnie w krajach dobrze rozwijających się ekonomicznie wraz z wyraźnym wzrostem dobrobytu. Dlaczego tak się dzieje? Poszukując przyczyn wzrostu poczucia szczęśliwości, ekonomiści ukuli nowy termin: General Well-Being („ogólne poczucie pomyślności”), w przeciwieństwie do obiektywnego i zupełnie niepsychologicznego tradycyjnego PKB. Odwołują się też do znanej psychologicznej, a nie stricte ekonomicznej zasady, że ludzie przyjmują za oczywiste te rzeczy, o których zdobyciu kiedyś nawet nie marzyli, a potem marzyli dość nieśmiało. Gdy je zdobywają – tracą one na atrakcyjności i motywują do pozyskiwania innych. Atrakcyjność nowo zdobytych dóbr dodatkowo umniejsza fakt, że wiele innych osób także okazuje się ich posiadaczami. Ludzie nie umieją być szczęśliwi w sytuacji, gdy inni osiągają dobra, które powinni posiadać tylko oni! Dotyczy to oczywiście nie tylko dóbr materialnych, lecz także oznak statusu. W USA na przykład – jak podaje cytowane źródło – istnieje ponad trzy tysiące różnych zrzeszeń, zwanych Halls of Fame (Komnaty Sławy). Honorują one ludzi szczególnie zasłużonych, poczynając od polityków, przez pisarzy, gwiazdy rocka, na księgowych kończąc. Niestety, każda z tych osób w ramach swojej Komnaty Sławy znajduje się w towarzystwie kilkuset lub większej liczby takich „wyjątkowo zasłużonych”. I jak tu mieć poczucie prawdziwego zadowolenia?! Okazuje się, że sprawa bogactwa jest rozpatrywana także w kontekście religijnym. W ogromnie wpływowym w USA Kościele ewangelicznym, pojawił się ostatnio wyraźniej niż dotąd trend nauczania z ambon o cnocie bogactwa. Idea God wants us to be rich („Bóg pragnie, byśmy stali się bogaci”) zdobywa niesłychaną popularność. Wśród jej zwolenników znajdują się osoby o różnym stopniu bogactwa – od superbogatych, którzy są przekonani, że Bóg w ten sposób ich nagradza, po biednych, którzy wierzą, że pewnego dnia Bóg ześle im ten powód do szczęścia. Są też zagorzali przeciwnicy tego podejścia, wskazujący na sposób życia Chrystusa jako wyznacznik cnót, jakie chrześcijanin powinien naśladować. I jedni, i drudzy zażarcie wertują Biblię w poszukiwaniu dowodów wpierających ich poglądy. I jak się okazuje, obie strony znajdują w tej księdze bogaty materiał dowodowy na potwierdzenie swojej tezy! Biblia sporo mówi bowiem o pieniądzach i bogactwie w ogóle i – tak jak w każdej lub w niemal każdej kwestii – zawiera stwierdzenia kontrowersyjne. Jedni więc skupiają się na fragmentach mówiących, że Bóg dał człowiekowi bogactwo jako spadek, a zarazem dar, który powinien być przez człowieka w pełni spożytkowany. Drudzy natomiast przypominają Ewangelię św. Marka, który twierdził, że łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu dostać się do Nieba. Spór trwa nadal i żadna ze stron nie ustępuje, ale zindoktrynowany pod wpływem globalizacji ruch ewangeliczny wydaje się zyskiwać wiernych, przekonanych o tym, że ziemskie bogactwo jest po prostu cnotą.

Kim są i jak żyją bogacze w globalnym świecie na początku XXI wieku?

Marzenie, aby zostać milionerem, czyli dorobić się ogromnego majątku, dawno już się zdewaluowało. Ten, kto chciałby dziś dołączyć do elity 20 najbogatszych obywateli świata, musiałby posiadać nie wiele milionów, lecz wiele miliardów dolarów. Dokładnie biorąc – jak podają źródła Forbesa – musiałby mieć ponad 15,5 miliarda dolarów. Poprzeczka ta zresztą gwałtownie się podnosi. Kwota z 2005 roku jest aż o 3,1 miliarda wyższa od tej z roku 2004. Posiadacz 5 miliardów dolarów z trudem znalazłby się na liście setki światowych bogaczy – i to na samym jej końcu. Już w następnym roku wypadłby z tego rankingu, jeśli jego biznes nie przyniósłby kolosalnych zysków, a jedynie niezłe profity.

Dwadzieścia najbogatszych osób na świecie posiadało w roku 2005 łącznie 434 miliardy dolarów, co jest bliskie wartości całej produkcji Rosji i stanowi trzy­krotność całkowitego dochodu narodowego doskonale prosperującej Irlandii. Po­dana suma jest zarazem równa wartości całego majątku 48 najuboższych kra­jów naszej planety, czyli około 1/4 wszystkich krajów świata. Dla przypomnienia –  liczba państw świata to obecnie 232, a wśród nich 189 to członkowie ONZ.

Jak podaje „The Economist”, w 2005 roku aż 85 tysięcy osób miało bogactwo większe niż 30 milionów dolarów. Rośnie też liczba „pojedyn­czych” milionerów. W ciągu jednego tylko roku nastąpił 8,5-procentowy wzrost liczby osób posiadających milion dolarów w gotówce (oprócz wartości domu, zie­mi itp.) i w 2005 takich osób było na świecie 8,7 miliona. Słowem, mamy dziś miliony „pojedynczych” milionerów! Ale stanowią oni tylko niewielki ułamek ogólnej liczby 6,5 miliarda ludzi na Ziemi. Stan posiadania światowych bogaczy – jak podaje powyższe źródło – szacuje się na 33 tryliony dolarów. Niewyobra­żalna fortuna!

Trudno znaleźć precyzyjne dane na temat wielkości indywidualnego bogac­twa miliarderów, ponieważ, po pierwsze, jest to niby sprawa prywatna i tajna, a po drugie, podlega pewnej dynamice, gdyż zależy od skoków na giełdzie i łutu szczęścia w biznesie. Na szczycie piramidy bogactwa utrzymuje się Bill Ga­tes, z majątkiem równym 46,5 miliarda dolarów w 2005 roku, a już 53 miliardów w 2006. Za nim plasuje się Warren Buffett, o którym pisałam wcześniej w kon­tekście donacji 36 miliardów na cele charytatywne. Jego majątek szacowano w 2005 roku na blisko 43 miliardy, a w 2006 było to już 48 miliardów dolarów. Potem jest przepaść, gdyż następnych 10-12 miliarderów posiada „jedynie” po 18-20 miliardów dolarów. Wśród nich znajduje się aż pięciu członków rodziny Waltonów. Jednak gdy­by „podsumować” pięcioro przedstawicieli tej rodziny (żona Waltona i czwórka dorosłych dzieci), ich łączne bogactwo wyeliminowałoby nawet Gatesów.

Klub miliarderów powiększa się każdego roku. Lista samych amerykańskich miliarderów, opublikowana przez Forbesa we wrześniu 2006 roku, obejmowała 400 osób. A i tak nie wszyscy się na niej zmieścili. Znalazła się na niej więziona przez kilka miesięcy za kłamstwo w sprawach finansowych „królowa do­mu” Martha Stewart, a także gwiazda telewizyjnego show Oprah Winfrey. Poja­wił się na niej również znakomity reżyser filmowy Steven Spielberg.

Możni tego świata są istotnie bogaczami globalnymi. Każdy z nich prowadzi interesy o światowym zasięgu. Każdy ma też talent, który pozwolił wykorzystać reguły globalizacyjne w celu pomnożenia własnego bogactwa. Ale na tym po­dobieństwa chyba się kończą. Po pierwsze, ich interesy mają bardzo odmienną naturę – poczynając od IT, przez przemysł medialny (w istocie związany z IT), tradycyjne gałęzie przemysłu, jak rafineryjna czy stalowa, handel detaliczny, in­westycje i handel nieruchomościami, na przemyśle rozrywkowym (chodzi głów­nie o kasyna) kończąc. Dodać trzeba jeszcze przemysł farmaceutyczny.

Po drugie, są oni zróżnicowani pod względem narodowości. Choć w pierw­szej dwudziestce – jak podaje cytowane źródło – znajduje się aż 11 Amerykanów, jednak megabogacze rozsiani są po całym świecie. W rankingu jest Hindus, Niemiec (w isto­cie dwoje Niemców – mężczyzna i kobieta), Francuz, Rosjanin, obywatel Arabii Saudyjskej, Szwed, Kanadyjczyk i Meksykanin. Zgodnie z najnowszymi dany­mi „Forbesa”, szacuje się, że to właś­nie Meksykanin, Carlos Slim, stał się ostatnio trzecim najbogatszym człowie­kiem świata z fortuną 30 miliardów dolarów – jest to aż 3,7% całego PKB jego ogromnego kraju. Meksykanin jest niemal monopolistą, zawiadując kompanią telefoniczną Telmet, a jego Slim’s America Mobil kontroluje telefoniczne połą­czenia komórkowe w całej Ameryce Południowej. Rodzina Slimsa posiada rów­nież znaczne udziały w inwestycjach przemysłowych i w handlu, dotyczących między innymi meksykańskiej ropy, i w niektórych amerykańskich wielkich sieciach handlowych. Slim jest także drugim udziałowcem w korporacji Tele- visa – najpotężniejszej firmie medialnej w Meksyku. Tym, co dodatkowo różni go od Gatesa i Buffetta, jest brak jakiegokolwiek zainteresowania działalnością charytatywną.

Do czołówki światowych bogaczy dołączają także Polacy, między innymi „Midas finansów” – jak się go określa w polskiej prasie- Leszek Czarnecki. Na liście „Forbesa” z 2006 roku figurował na 793. miejscu wśród najbogatszych ludzi świata. Na razie niby daleko mu do wierzchołka pira­midy, ale fakt, że fortuny dorobił się w ciągu zaledwie 20 lat, ucząc się niepisa­nych dla postkomunistycznych społeczeństw zupełnie nowych reguł globalizacji, wzbudza uznanie i zwiastuje mu dalszy awans w rankingach. Nie jest on oczywi­ście jedynym polskim superbogaczem. Tak w skali globalnej, jak i polskiej – ich liczba rośnie każdego roku.

Miliarderzy różnią się też wiekiem. Ponad 80 lat mają: wspomniany Buffett, Niemiec Albrecht oraz wdowa po Waltonie, Helena. Czterdziestokilkulatkiem jest natomiast właściciel Dellu, a także sąsiad Polaków – Michaił Chodorowski. Spo­ro jest też osób w przedziale wiekowym 60-70 lat. Niemal wszyscy dorobili się na tradycyjnych gałęziach przemysłu. Tam natomiast, gdzie istotą zysku jest IT, przeważa młodość – około 40-50 lat.

Najbogatszych ludzi świata dzieli również zakres oraz sposób konsumpcji. Widać to na przykładzie domów, w jakich zamieszkują. Buffett mieszka ra­czej jak milioner, a nie megamultimiliarder, zajmując od 50 lat ten samym dom. Podobnie, czyli bardziej niż skromnie, wygląda ponoć schowa­ny za wysokim żywopłotem dom właściciela giganta meblowego – IKEA, usytu­owany w Lozannie. Natomiast w superluksusie pławi się Hindus, Lakshami Mit- tal, bonza w przemyśle stalowym, którego korporacja ma już swoje operacje w Polsce (po zakupieniu sporej części naszych hut). Jego londyńska willa, którą zakupił przed kilku laty za 128 milionów dolarów, jest położona między pałacem Kensington a rezydencją sułtana Brunei. Jej wnętrze wyłożone jest marmurem (w filmie Fabryka czekolady było ono tylko czekoladowe!). Willa ma garaż na 20 aut i turecką łaźnię – by wymienić tylko niektóre luksusy. Jest to jeden z najdroż­szych domów na świecie, oprócz pałaców królewskich. Tylko patrzeć, jak te ostatnie ustąpią domom multimiliarderów!

Styl życia nie kończy się na architekturze i wystroju wnętrz bogatych rezy­dencji. Niektórzy bogacze nie lubią szastać pieniędzmi (znany jest z tego choć­by właściciel sieci IKEA), inni wydają ogromne sumy na różne zabaweczki i zachcianki. Podczas gdy Rosjanin Chodorowski przesiadywał w putinowskim areszcie, jego rodak, Roman Abramowicz (przed kilkoma laty posiadał 11,5 mi­liarda dolarów), kupił sobie angielską drużynę piłkarską (jeśli ktoś z czytelników byłby zainteresowany podobnym interesem, podaję kwotę: 290 milionów dola­rów) oraz wytworne jachty za około 120 milionów dolarów każdy. Posiada on też własnego boeinga (jedynie za 100 milionów), którego pokład, przeznaczony dla 350 pasażerów, przerobiony został na luksusowe pomieszczenie mieszkalne, między innymi z kącikiem jadalnym na 30 osób oraz kuchnią ze zlewami o po­złacanych brzegach. Niektórzy z najbogatszych mają szczególnie silny pociąg do „zabawy samochodami”. Na przykład Sidney Frank (niestety, spoza górnej „20″) sprawił sobie specjalną wersję mercedesa za 400 tysięcy dolarów i dodał następ­ną setkę zielonych (tysięcy, naturalnie) na kuloodporną obudowę. Jeździ nim zresztą często między swoimi domami w Nowym Jorku i w San Diego, a także dojeżdża na pola golfowe, gdzie grają dla niego świetnie za to opłacane gwiazdy golfa. Wspomniany już Hindus wydał z kolei ponad 60 milionów dolarów na trwające tydzień wesele swojej córki. Tysiąc gości zamieszkało w Paryżu w pię­ciogwiazdkowych hotelach, a ceremonia ślubna odbywała się w XVII-wiecznym podparyskim zamku.

Gusty elity świata prowadzą nawet do takich ekstrawagancji, jak… produko­wanie butelkowanego piwa dla psów, którym czworonogi pupil miałby się roz­koszować po polowaniu wraz ze swoim panem. Pierwsze psie piwo pod nazwą Kwispelbier pojawiło się w holenderskich sklepach. Pewnie zrobi wkrótce świato­wą karierę.

Innym dowodem na to, jak daleko zaszli bogacze globalizującego się świata w swojej konsumpcyjno-finansowej rozpuście, jest fakt, że jeden z nich zapłacił na aukcji 18 tysięcy dolarów za kostkę mydła, która została ponoć zrobiona z tłuszczu uzyskanego podczas liposukcji brzucha Silvio Berlusconiego. Życzył sobie jednak pozostać klientem anonimowym.

Ostatnio spore zainteresowanie prasy wzbudza książę z Arabii Saudyjskiej al-Walid ben Tałal Abdelaziz al-Saud. Podejrzewa się, że jest dziś posiadaczem piątej fortuny na świecie, rzucając wyzwanie megamiliarderom z Ameryki. Jak donosi Tatu, jego majątek wynosi ponoć 21 miliardów euro. Jest właści­cielem dwóch wielkich boeingów i airbusa A340, żegluje na jachcie wyposażo­nym w dwa helikoptery, a gdy podróżuje lądem, towarzyszy mu kawalkada liczą­ca 300 samochodów. Mieszka w sercu pustyni, w pałacu o 317 pokojach, które są wyposażone między innymi w 500 telewizorów (niestety, liczba telewizorów przypadająca na każdy pokój jest równa tej, jaka przypada na Amerykanina repre­zentującego klasę solidnie średnią; co za rozczarowanie!). Będąc w podróży służ­bowej (wraz z rodziną, pełną ekipą administracyjną i rozrywkową asystą), wynaj­muje 50 pokoi, płacąc blisko pół miliona euro za cztery doby, zwłaszcza gdy jest to Paryż. Ciekawe, że majątek zbił nie na ropie – o co się powszechnie posądza bogaczy z krajów arabskich – lecz na nieruchomościach. Miał nosa do kupowania dobrych aktywów we właściwym momencie, co oznacza między innymi, że ce­chuje go cierpliwość, której brakuje wielu biznesmenom z krajów zachodnich. Je­go imperium obejmuje dziś – jak stwierdza Tatu- inwestycje na rynku nieruchomości (między innymi hotele), udziały w takich koncernach, jak Motoro­la, Walt Disney, Time Warner czy eBay, w rynku nowych technologii, telekomu­nikacji i w środkach masowego przekazu. A poza fortuną i zdobytym w USA wy­kształceniem wykazuje się też dużą dozą arogancji i zapowiada, że zamierza zostać najbogatszym człowiekiem na Ziemi! W tym zakresie globalizacyjny świat umożliwia prawdziwą wolną konkurencję. A więc, zobaczymy!

Hierarchia bogaczy korporacyjnych i państwowych

Ludzkość od zarania dziejów ustalała różne kody pozwalające na rozróżnienie bardziej i mniej ważnych jednostek oraz grup. Istotnym kryterium tej klasyfikacji był zawsze stopień bogactwa. I pozostało tak do dziś, o czym świadczą publiko­wane corocznie oficjalne dokumenty w formie rankingów. Niektóre z nich mają charakter wewnętrzny, narodowy, inne ukazują bogactwo w skali świata. Wszyst­kie zawierają niewiarygodne wręcz dane. Wskazują bowiem na – trudny do zro­zumienia dla przeciętnego człowieka – fakt, że niektóre pojedyncze korporacje uzyskują większy dochód ze sprzedaży swoich towarów, niż wynosi PKB wielu dobrze prosperujących państw!

Mimo słabej ostatnio pozycji dolara, prym na liście bogactwa narodowego nadal wiodą Stany Zjednoczone, a za nim twardo kroczy walcząca o pomyślność ekonomiczną Japonia, pozostawiając trzecie miejsce gospodarce Niemiec, sfru­strowanej słabszym niż kiedykolwiek wcześniej rozwojem. Po 18 innych krajach – między innymi Chinach, które w 2005 roku przeskoczyły Ka­nadę i Hiszpanię, oraz Indiach lepszych niż Australia – wyzwanie bogactwu państw świata rzuca korporacja Wal-Mart Stores. Światowy konkurent Wal-Martu – Carrefour, znalazł się dopiero na 67. miejscu listy 100 państw oraz korporacji ujętych łącznie. Tuż za Wal-Martem znalazły się trzy inne korporacje, wszystkie to giganci naftowi: BP, Royal Dutch, Shell oraz Exxon Mobil. Za nimi uplasowa­ła się w 2005 roku Polska, na niezłym, bo 30. miejscu (względnie dobrym, bo na przykład sieć sklepów Wal-Mart zajęła 22. miejsce!).

Od lat 90. swój wysoki status utrzymują korporacje z obszaru IT. Natomiast nową gałęzią przemysłu, której przedstawiciele agresywnie przesuwają się w górę listy, jest przemysł biochemiczny. W tym sektorze nastąpił kolosalny wzrost zysków kompanii farmaceutycznych. Na przykład zyski fir­my Merck wzrosły w ciągu ostatnich trzech lat o 617%. Dodam na margine­sie, że kompanie farmaceutyczno-kosmetyczne w USA świetnie prosperują mię­dzy innymi dzięki obsesji Amerykanów na punkcie wyglądu. Na przykład firmy oferujące laserowe operacje oczu zyskały ogromną popularność, a co za tym idzie – zanotowały ogromny wzrost swoich dochodów.

Jeśli wziąć pod uwagę wierzchołek piramidy, na którym usadowili się naj­więksi krezusi – niezależnie od tego, czy tworzy ją lista najbogatszych państw, czy też państw łącznie z najlepiej prosperującymi korporacjami – obraz świato­wego bogactwa pod względem pomyślności finansowej całej ludzkości rysuje się całkiem obiecująco. Ale w pewnym momencie „ranking pomyślności” się urywa i zaznacza się tak drastyczny kontrast, że pozycje z dołu listy raczej pozostawia się osądowi międzynarodowych władz, niż prezentuje czytelnikowi czasopism. A czytelnik faktycznie, jest zainteresowany najczęściej samą listą najbogatszych.

Stan posiadania, mierzony wielkością PKB, jest ogromnie zróżnicowany. Na jednym biegunie mamy kwotę ponad 40 tysięcy dolarów per capita rocznie –  tak jest w USA, a na drugim – 300-400 dolarów w wielu krajach afrykań­skich. Oto jak przedstawiał się PKB na jednego mieszkańca w roku 2004, li­czony w dolarach (wymieniam kilka przykładowych pozycji): 1. Luksemburg 58 900; 2. USA 40 100; 9. Hongkong 34 200; 15. Kanada 31 500; 21. Japonia 29 500; 23. i 24. Francja i Niemcy po 28 700; 72. Polska 12 000. Najniższą po­zycję wśród ujętych na tej liście 232 krajów zajmują niemal wyłącznie kraje afrykańskie (a oprócz nich między innymi Afganistan), z kwotą zaledwie 400 dolarów, takie jak Somalia, Sierra Leone czy Malawi.

Wiadomo, że kwoty uwzględnione w statystyce PKB per capita mówią jedy­nie o średniej w danym kraju, za którą kryją się drastyczne rozbieżności w bogac­twie indywidualnym: zarówno w krajach o wysokim PKB, jak i w tych o dra­stycznie niskim.

ONZ-owski projekt wyeliminowania krańcowej biedy

Na początku bieżącego stulecia ONZ przedstawiła nowy program – Millennium Development Goals, który ma prowadzić do podniesienia poziomu życia ludzi cierpiących z powodu biedy i związanych z nią nieszczęść. Oto cele tego programu:

  • Wyeliminować krańcową biedę i głód;
  • Spowodować, by wszyscy ludzie mieli przynajmniej podstawowe wykształcenie;
  • Przyczynić się do równouprawnienia kobiet;
  • Zredukować śmiertelność dzieci;
  • Podnieść poziom zdrowia matek;
  • Zwalczyć HIV/AIDS, malarię i inne śmiercionośne choroby;
  • Osiągnąć równowagę środowiska naturalnego;
  • Stworzyć globalne partnerstwo między ludźmi świata.

Programem zarządza cytowany wcześniej profesor Jeffrey Sachs, którego uważa się za eksperta w dziedzinie walki z globalną biedą. MDG poznały i zaakceptowa­ły niemal wszystkie kraje świata – członkowie ONZ, których liczba w 2005 roku wynosiła 182. Podpis pod programem oznaczał zgodę na współpracę w celu wy­eliminowania w skali globalnej zjawiska krańcowej biedy do roku 2025, a rok 2015 ma być momentem „testowym”.

W ramach programu proponuje się między innymi przemyślenie zasad funkcjonowania ONZ, której moc decyzyjna ostatnio wyraźnie osłabła. Oprócz tego zaleca się przeorganizowanie Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego, które zostały powołane po to, aby sprzyjać wzrostowi go­spodarczemu w krajach Trzeciego Świata, a stały się agencjami kolekcjonujący­mi procenty od zadłużenia. W programie proponuje się też, by USA odzyskały rolę krzewiciela ideałów demokratycznych dzięki bardziej honorowemu wywią­zywaniu się z obietnicy przekazywania 0,7% dochodu narodowego na rzecz walki z biedą. Jednocześnie do krajów ogarniętych biedą wystosowano apel, by same podjęły bardziej energiczne działania w tym zakresie, bez oglądania się na pomoc z Zachodu (naśladując w tym nie tylko Chiny i Indie, lecz także Bra­zylię, Nigerię, Senegal czy RPA). Szczególną kategorię wśród propozycji programowych stanowi postulat większego niż dotąd uwzględniania w badaniach naukowych potrzeb świata ludzi ubogich. Chodzi nie tylko o prace nad nowymi lekami, lecz choćby o rozwiązania architektoniczne czy tanie systemy ostrzega­jące przed klęskami żywiołowymi. Jeszcze innym ważnym aspektem walki z biedą jest ochrona środowiska dzięki rozważniejszemu gospodarowaniu zaso­bami naturalnymi. Punkty programu kończą się apelem do wszystkich miesz­kańców świata o większe zaangażowanie się w tę walkę i niepozostawianie tak ważnej sprawy tylko w gestii rządów i powołanych przez nie organizacji mię­dzynarodowych.

MDG brzmi obiecująco i nawet realistycznie. Niemal wszyscy czytelnicy te­go rozdziału, jak też czytelnicy oryginalnego dzieła profesora Sachsa, dożyją roku 2025 i będą mogli przekonać się, w jakim stopniu udało się wyeliminować krań­cową biedę na świecie. W trakcie tych niespełna 20 lat dzielących nas od tej chwi­li wszyscy powinniśmy dołożyć swoją cegiełkę na rzecz tego humanitarnego celu – i jako profesjonaliści, i jako zwykli obywatele świata, podzielający braterstwo ludzkości. Głód – jak stwierdza wielu autorów – na­leży traktować jako pogwałcenie praw człowieka.

Część naukowców podchodzi jednak dość sceptyczne do tych planów. Jak sarkastycznie mówi Bauman – powtarzając za Jeremym Seabrookiem – biedy nie można wyleczyć, gdyż to ona właśnie jest sygnałem, że główny syn­drom kapitalizmu ma się doskonale. Autor stwierdza też, że złudzeniem jest, iż kapitalizm to powszechny dobrobyt. Przecież słowo „kapitał” pochodzi od łaciń­skiego capita, czyli głowa, i capito, czyli sprytnie myśleć; w domyśle – jak zbić fortunę. Nadzieję na to mają dziś trzy miliardy „nowych kapitalistów”. Niech się jednak nie łudzą, że im wszystkim to się uda. Nie ma bowiem bogactwa jednych bez biedy drugich „Globalizacja – pisze Bauman, cytując Kavanagha – jest paradoksem; przynosząc wielkie korzyści nielicznym, wyklucza lub marginalizuje dwie trzecie ludności świata”. Opisując nasiloną przez procesy globalizacyjne polaryzację bogactwa i biedy, autor odwołuje się do ekspresyjnej metafory „turystów” i „włóczęgów”, o której pisałam w Faktach i komentarzach, wieńczących opis polaryzacji bogactwa i biedy. Współczesne społeczeństwa muszą jednak podjąć trud jak największego zminimalizowania bie­dy, nawet jeśli nie są w stanie jej wyeliminować całkowicie.

Wykształcenie jednym z głównych praw człowieka

Zgodnie z decyzją Wielkiej Ósemki z 2005 roku dotyczącą zwolnienia krajów Trzeciego Świata ze spłaty znacznej części zadłużenia, zaoszczędzone dzięki te­mu fundusze narodowe miały być przeznaczone głównie na podnoszenie poziomu wykształcenia. Organizacja zwana Global Campaign for Education (GCE), po­dobnie jak inne organizacje międzynarodowe, uważa zdobycie podstawowego wykształcenia za jedno z głównych praw człowieka.

Ale mimo że coraz więcej pieniędzy przeznacza się obecnie na walkę z ubó­stwem, edukacja wciąż nie jest priorytetem w krajach Trzeciego Świata. Na szczycie listy potrzeb znajdują się chleb, woda i lekarstwa (często na to też nie wystarcza pieniędzy). Powstaje błędne koło – dzięki wykształceniu byłby i chleb, i lepszy stan zdrowia, ale głodny i chory ma na udział w edukacji małe szanse.

Mimo zgodnych wysiłków różnych organizacji wspierających proces kształ­cenia dzieci w krajach Trzeciego Świata, wciąż jeszcze główną cechą charaktery­styczną procesów edukacyjnych w dzisiejszych czasach jest zjawisko określane mianem digital divide, czyli „cyfrowa przepaść”, lub digital exclusion, czyli „cyfrowe wykluczenie”. Chodzi tu o fakt posiadania przez ludzkość wysoko rozwiniętych technologii informatycznych, do których większość obywateli świata, w tym dzieci, nie ma dostępu. Choć dość szybko ta sytuacja się poprawia, cyfrowa przepaść jest nadal ogromna. Ten czyn­nik sprzyja niestety utrzymywaniu się niesymetryczności edukacji na świecie i utrudnia wydobycie się z biedy tym, którzy stoją po „niewłaściwej stronie” cy­frowej przepaści, czyli mieszkańcom Trzeciego Świata.

Omawiając zjawisko wykształcenia we współczesnym globalizującym się świecie, Charlot i Belanger zwracają uwagę na jeszcze jeden element, któ­ry często jest pomijany w peanach na cześć krzewicieli oświaty w ubogich kra­jach. Wiadomo, że wywodzą się oni głównie z kultur zachodnich, skłonnych trak­tować model funkcjonowania człowieka dość jednostronnie. I w tym właśnie kontekście wspomniani autorzy apelują, by wspierając procesy edukacji w kra­jach zacofanych, pamiętać o idei pluralizmu, czyli uwzględniać kulturę, język oraz styl życia właściwe dla wspólnot plemiennych. Innymi słowy, w procesie edukacji należy zagwarantować ludziom prawo do bycia innym. Trzeba sprzeciwić się – jak nawołują autorzy – jednemu, uniwersalnemu modelowi nauczania, który byłby determinowany wzorcami Zachodu. Wiedza naukowa jest bowiem tyl­ko jednym ze źródeł ludzkiego poznania. Uzupełnia ją wiedza oparta na tradycji, która zresztą czasem okazuje się bardziej wartościowa niż ta wyprodukowana w akademickich gabinetach. Zachowanie tożsamości w procesie edukacji jest tak­że przecież prawem człowieka.

Stan wykształcenia w krajach Trzeciego Świata

Wykształcenie jest traktowane jako najpewniejszy środek zaradczy na biedę. Zgodni co do tego są wszyscy – eksperci, rządzący i aktywiści. Jest to także kwestia oczywista dla zwykłego obywatela. Po prostu, w sposób logiczny i dowiedziony wykształcenie, nawet na poziomie szko­ły podstawowej, przelicza się na efekty ekonomiczne. Po pierwsze, ułatwia zdo­bycie pracy i dzięki temu zaspokojenie podstawowych potrzeb rodziny. Po dru­gie, nawet elementarne wykształcenie koreluje dodatnio z rozważniejszym plano­waniem rodziny, czyli po prostu ze zmniejszaniem się potencjalnej liczby dzieci. Po trzecie, wykształcenie idzie w parze ze wzrostem świadomości o zagrożeniach związanych z zakażeniem się wirusem HIV, a także łączy się z ogólnie wyższym poziomem wiedzy o higienie i zachowaniu zdrowia. A ludzie zdrowsi są bardziej produktywni. Wszystko to odciąża budżet państwa i sprzyja rozwojowi gospodar­ki, dając nadzieję na zmniejszanie się obszarów biedy. Osoby wykształcone mieszkające na wsi (cały czas mowa o przynajmniej podstawowym wykształce­niu) mają także większe szanse na zaspokojenie głównych potrzeb rodziny, a rów­nież na udział w rozwoju gospodarczym kraju, dzięki bardziej efektywnym sposo­bom uprawy roli. Jak podaje milenijny raport dotyczący walki z biedą, zwięk­szona produktywność pracy na roli w tych krajach, gdzie podniósł się poziom wykształcenia ludności, przyczyniła się w latach 1970-1995 do spadku niedoży­wienia wśród najuboższych aż o 43%. Wykształcenie oby­wateli to wreszcie czynnik sprzyjający politycznej stabilności kraju.

Słowem, choć bieda niejedno ma imię, dobrym narzędziem walki z wszelki­mi jej przejawami jest edukacja.

Problem w tym, że wykształcenie było i jest towarem kosztownym, niedo­stępnym dla tych, którzy nie mają na chleb. Rzeczą zasadniczą nie jest wcale cze­sne, gdyż większość szkół to placówki publiczne, więc nieodpłatne. Korzystanie z edukacji jest warunkowane wieloma wzajemnie powiązanymi czynnikami, takimi jak odległość od szkoły, posiadanie butów na przebycie tej drogi, konieczność opiekowania się młodszym rodzeństwem lub chorymi członkami rodziny, w której, na przykład, ojciec opuścił wieś w poszuki­waniu chleba i teraz żyje gdzieś w slumsach, a matka zajęta jest przez większość dnia zdobywaniem wody. Często dzieci z krańcowo ubogich rodzin muszą nie tylko zajmować się domem, lecz również pracować za mizerne wynagrodzenie. Problem stanowi też niska świadomość żyją­cych w krańcowym ubóstwie rodziców co do znaczenia edukacji dla ich dziecka i związana z nią mala gotowość inwestowania w wykształcenie potomka.

W krajach niestabilnych politycznie dodatkowym czynnikiem jest bezpie­czeństwo dzieci, które idąc do szkoły, muszą przebyć nieraz nawet kilkanaście kilometrów. Szczególnie zagrożone są dziewczynki (i wcale nie z powodu nie­stabilności politycznej kraju), które bywają gwałcone w czasie drogi do szkoły lub podczas powrotu do domu. Wszak pod szkolną bramą nie czekają bowiem na nie rodzice – ani w toyotach, ani nawet na rowerach. Poza tym wystarczy, że dojdzie choćby do jednej tragedii na drodze wiodącej do szkoły, by rodzice z ca­łej okolicy przestali posyłać przez jakiś czas swoje dzieci na naukę. No i wresz­cie, jak dziecko może przebyć codziennie szmat drogi na piechotę, jeśli jest głodne, spragnione i nie ma siły ani na taką wędrówkę, ani na nic innego, co wy­maga energii, w tym na naukę? Słowem, kształcenie się, które dla człowieka ży­jącego w dobrobycie jest sprawą oczywistą, pojmowaną czasem nawet w katego­riach poświęcenia, dla ludzi żyjących w biedzie jest dobrem nad wyraz trudno dostępnym.

Statystyki na temat nieuczęszczania dzieci do szkoły w skali świata są nastę­pujące: 115 milionów dzieci nie chodzi do szkoły podstawowej, z czego 94% to dzieci z krajów Trzeciego Świata (łącznie z dziećmi uczęszczają­cymi do szkół jedynie okresowo). Odsetek dzieci w wieku 7-18 lat, które nigdy nie uczyły się w szkole, wynosi aż 13%. Szacuje się, że 5-60% nieuczęszczających dzieci stanowią dziewczęta; dla­tego organizacje międzynarodowe kładą dziś szczególny nacisk właśnie na ich kształcenie. Okazuje się bowiem – co zresztą nie jest zaskoczeniem – że dziew­częta, które mają choćby podstawowe wykształcenie, później zakładają rodziny, mają mniej dzieci i rodzą zdrowsze potomstwo. Są bardziej produktywne w do­mu, na co wpływa lepszy stan zdrowia oraz wiedza i umiejętności zdobyte w szkole. Mają też większą świadomość w kwestii zapobiegania AIDS i są bar­dziej otwarte na uczestnictwo i współdecydowanie w społecznościach lokalnych. Wreszcie, lepiej rozumieją, jaką wartością jest wykształcenie dzieci, i będą robiły więcej niż niewykształcone matki, by ich potomstwo chodziło do szkoły. Podnie­sienie wykształcenia kobiet jest też sposobem na pozyskanie ich do roli nauczy­cieli. W przeciwieństwie bowiem do krajów zachodnich, w krajach gospodarczo nierozwiniętych większość personelu nauczycielskiego stanowią mężczyźni. A jak wiadomo, uczą oni – nie tylko w krajach zacofanych, lecz i w kulturach za­chodnich – nastawienia na współzawodnictwo, podczas gdy kobiety silniej wpaja­ją ideę współpracy i harmonii, która jest główną wartością w społecznościach lo­kalnych. Niewątpliwie ukierunkowanie na współpracę przyczynia się też do stabilności politycznej.

Mimo niezrównanych korzyści płynących z podnoszenia poziomu wykształ­cenia jako głównego oręża w walce z biedą, ubogich rodziców nie stać na ten wy­datek. W tej sytuacji często – kosztem ogromnych zresztą wyrzeczeń – decydują się na kształcenie tylko jednego dziecka (nie ma wątpliwości, jakiej płci!). Co więcej, niektóre ubogie kraje nie mogą sobie pozwolić na niepobieranie czesnego –  nawet za uczęszczanie do szkoły podstawowej. Po prostu nie ma funduszy na opłacenie nauczycieli, na koszty budowy szkoły i utrzymanie jej infrastruktury, w tym choćby tak trywialnych urządzeń jak toalety. W wielu najuboższych szko­łach nie ma ich w ogóle; po prostu dzieci chodzą „na stronę”. Latryny – jeśli są – wymagają odpowiedniej sanitacji, a na środki dezynfekujące też nie ma pienię­dzy. Wskutek tego, uczęszczanie do szkoły bywa nie lada wyzwaniem także z powodu przenoszonych przez dzieci chorób zakaźnych.

Wprawdzie jedynie w 18 krajach afrykańskich rodzice muszą opłacać czesne za szkołę podstawową, ale kosztami wykształcenia średniego obciąża się rodziny w prawie wszystkich państwach Trzeciego Świata, nie tylko w Afryce. Oznacza to, że zdobycie wykształcenia średniego jest tam „wielką sprawą”… i kosztowną.

Odsetek dzieci nieuczęszczających do szkoły jest dynamiczny, to znaczy ści­śle zależy od wzrostu gospodarczego. Gdy wskaźniki gospodarcze zwyżkują – automatycznie wzrasta liczba uczniów w szkołach; gdy się obniżają – wraca bieda i dzieci przestają chodzić do szkoły. Taka sytuacja miała miejsce w wielu krajach Azji w łatach 90., gdy doszło tam do wzrostu go­spodarczego – setki tysięcy dzieci poszły do szkoły. Opuściły ją kilka lat później, gdy pękła bańka boomu gospodarczego. Płynie stąd wniosek, że walka z biedą przez podnoszenie poziomu wykształcenia wymaga sponsorowania krajów ubo­gich – zarówno w celu wzrostu gospodarczego, jak i bezpośrednio na zniesienie czesnego – przez organizacje międzynarodowe. Gdy w wielu krajach afrykań­skich udało się zrezygnować z czesnego dzięki międzynarodowemu funduszowi –  rezultaty były natychmiastowe. Na przykład w Kenii w ciągu zaledwie tygodnia od czasu wprowadzenia w życie tej decyzji do szkół podstawowych przybyło aż 1,2 miliona dzieci. Podobnie było w Ugandzie, gdzie trzykrotnie więcej dzieci poszło do szkoły, a w Malawi wzrost był 50-procentowy.

Jednak nawet jeśli rodzice nie muszą płacić za szkołę, to koszty związane z kupnem mundurków, obuwia, książek i innych przyborów szkolnych przewyż­szają ich możliwości finansowe. Okazuje się, że liczba dzieci w szkołach, która wzrosła dzięki zwolnieniu rodziców z opłaty czesnego, gwałtownie spada, gdy ro­dzice dowiadują się, że muszą płacić za mundurki! Jednocześnie stwierdzono, że tam, gdzie dzięki funduszom z World Food Program dzieci otrzymują szkolne po­siłki oraz mogą zabrać porcję żywności do domu, odsetek młodzieży uczęszczają­cej do szkoły (w tym dziewczynek) znacznie się zwiększa. Warto też wspomnieć, że procent dzieci kończących szkołę podstawową w porównaniu z liczbą dzieci, która podjęła w niej naukę, jest znacznie większy w placówkach zarządzanych przez społeczności lokalne niż w tych pod auspicjami rządowymi. Na przykład, aż 90% dzieci kończy szkoły prowadzone przez omawianą wcześniej organizację BRAC. Tymczasem odsetek absolwentów placówek sponsorowanych przez ofi­cjalne organizacje rządowe wynosi zaledwie 53%. Jest to jeszcze jedna wskazów­ka dla osób rozdzielających fundusze na walkę z biedą.

Pomysły ubogich społeczności lokalnych na wydobycie się z biedy

Wśród przeciętnych obywateli dominuje przekonanie, że los krańcowo ubogiego kraju w znacznej mierze zależy od tego, jak jego sprawami – oprócz wsparcia charytatywnego z zagranicy – pokieruje rząd. Jednak ostatnio coraz większą na­dzieję w wielu krajach pokłada się w tzw. grass roots organizations, czyli w spo­łecznościach lokalnych. Są to organizacje pozarządowe, funkcjonujące w spłasz­czonych, niehierarchicznych i niezbiurokratyzowanych strukturach, angażujące się spontanicznie w rozwiązanie problemu, jaki pojawi się na danym terenie. Przykładem skuteczności takiego ruchu stał się tzw. BRAC (The Bangladesh Rural Advancement Committee), czyli – w wolnym tłumaczeniu – Komitet ds. Rozwoju Wsi w Bangladeszu. Organizacja narodziła się w 1972 roku jako mała komórka charytatywna, pomagająca przesiedleńcom w jednym z krańcowo ubo­gich regionów Bangladeszu, dodatkowo zniszczonych w wyniku wojny z Indiami. Panował tak wielki głód, że wieśniacy musieli zaciągać wysoko oprocentowane pożyczki u zdzierających bankierów. Jeden z lokalnych ekonomi­stów, Muhammad Yunus, zaoferował mieszkańcom drobne pożyczki bez opro­centowania i bezterminu zwrotu. Wymagał natomiast przejścia treningu na temat tego, jak z takiej drobnej kwoty nie tylko przeżyć, ale również nieco zyskać i za­inwestować.

Były to w większości niezwykle małe biznesy. Pożyczkę przeznaczano na przykład na zakupienie 10 kur niosek i koguta, rozpoczęcie uprawy jarzyn na po­letku wielkości małego ogródka, prowadzenie niewielkiej apteczki z podstawo­wymi lekami (której właściciel chodził także z towarem od domu do domu) czy zakup siatek do łowienia ryb i oferowanie maleńkiego funduszu na wynajmowa­nie łodzi. Rozkręcaniu każdego z tych interesów towarzyszyło – jak wspomnia­łam – podstawowe dokształcanie w zakresie prowadzenia go z zyskiem. Miesz­kańcy wsi zostali zaproszeni do współpracy i mieli udział w podejmowaniu decyzji, kto z ubiegających się o pożyczkę może ją otrzymać. Następnie śledzili wzajemne postępy w prowadzeniu biznesów. Był to nad wyraz skuteczny akt tzw. empowerment, czyli przekazywania władzy w ręce społeczności.

Grupa mieszkańców decydowała w BRAC o przyznaniu pożyczki, a potem monitorowała sposób jej wykorzystywania. Ten monitoring miał charakter wspie­rający, lecz zarazem mocno oddziaływał psychologicznie, gdyż w razie niespłace­nia pożyczki dochodziło do ostracyzmu, a z tym w wiejskiej społeczności nie da się żyć. Wskutek tego – jak podają Sakhawat i Hossain – blisko 100% po­życzek w ramach BRAC jest zwracanych. Ten odsetek nie jest równie doskonały w innych krajach, gdzie taką strategię powtórzono, ale jest zadowalający. Cieka­we, że ten finansowy rygor tak zafascynował badaczy, iż przypadek spłacania po­życzek udzielanych przez BRAC stanowi przedmiot analiz na kursach MBA, szczególnie w ramach tzw. mikrofinansowania.

Trzeba podkreślić, że właścicielami tych małych interesów były w 90-95% kobiety. Wzbudziło to początkowo wielki opór w tym niemal całkowicie muzułmańskim kraju, zarówno ze strony mężczyzn, jak i kleru. Ale sukces zawsze zamyka usta nawet największej opozycji, zwłaszcza że w tym wypadku na rzecz kobiet przemawiała legenda pierwszej żony muzułmańskiego Mesjasza, która była bardzo niezależna i przedsiębiorcza. Głów­nym powodem dysproporcji w udziale kobiet i mężczyzn w małych biznesach BRAC był fakt – który zresztą powtarza się w innych krajach Trzeciego Świata, gdzie funkcjonuje ta organizacja, na przykład w Meksyku – że po otrzymaniu średnio 100 dolarów na rozkręcenie interesu mężczyźni roztrwaniali je, pijąc czy uprawiając hazard. Oto jeszcze jedno oblicze biedy: odpowiedzialność za przetrwa­nie spoczywa głównie na wychudzonych ramionach kobiet. Jak wskazywałam, jest to zjawisko typowe dla Afryki i nawet wspomniane wcześniej organizacje chary­tatywne stawiają na kształcenie agrarne głównie kobiet.

Początkowo nauczycielami czytania i pisania byli w BRAC wolontariusze, nawet tacy, którzy mieli tylko podstawowe wykształcenie. Oprócz eliminowania analfabetyzmu, przekazywali oni podstawową wiedzę na temat planowania rodzi­ny poprzez stosowanie środków antykoncepcyjnych oraz na temat zapobiegania AIDS. BRAG zajął się także innymi aspektami zdrowia. Kobiety, które miały ma­łe firmy farmaceutyczne, przechodziły podstawowy trening w zakresie rozpozna­wania chorób, tak by w razie potrzeby mogły wysyłać chorych do lekarza. Kobie­ty afrykańskie – podobnie jak kobiety na całym świecie – będąc pilniejszymi uczniami od mężczyzn, korzystały z nauki w sposób pozwalający wyraźnie pod­nieść ich status. Wykształceniem objęte zostały również dzieci. Szkoły BRAC cieszą się blisko 100-procentowym wskaźnikiem ich kończenia.

Oprócz pomocy w prowadzeniu biznesu i w stworzeniu warunków do zdoby­cia minimalnego wykształcenia oraz zajęcia się sprawami zdrowia, organizacja BRAC przyczyniła się także do spopularyzowania generatorów wykorzystujących energię solarną. Bangladesz ma bowiem niezwykle ograniczone zasoby energii elektrycznej, do której dostęp jest przecież jednym z warunków wydobycia się z biedy. Brak prądu oznacza brak fabryk i telewizji, także high-tech, bez których pozostaje się w ogo­nie cywilizacji.

Sukces ekonomii mikrofinansowania w Bangladeszu przyczynił się do zgro­madzenia funduszy, dzięki którym Yunus mógł założyć Bank Grameen. Zasoby tej instytucji umożliwiają dalsze udzielanie niemal bezprocentowych pożyczek. Dziś 58% ubogich korzysta z bardzo nisko oprocentowanych pożyczek banku. Stosując tę strategię, Yunus zamierza wyeliminować w swoim kraju do 2030 roku krańcową biedę.

Wydobywanie się z biedy – jak dowiodła organizacja BRAC – nie polega na zaciąganiu w Banku Światowym wielkich, międzynarodowych pożyczek na spek­takularne inwestycje w kraju. Jest to natomiast kwestia przekazywania władzy członkom lokalnej społeczności, czemu towarzyszy proces kształcenia obywateli – od dzieci poczynając, a na kobietach podejmujących trud przetrwania w ramach codziennych obowiązków kończąc.

W latach 90. BRAC rozrósł się i obecnie zatrudnia ponad 26 tysięcy osób personelu oraz 34 tysiące nauczycieli. Prestiż tej organizacji przyciąga najlep­szych studentów i stać ją na fundowanie stypendiów zagranicznych, których be­neficjenci wracają do kraju, gdzie otrzymują dobrze płatne stanowiska związane z misją BRAC. Organizacja jest minimalnie zbiurokratyzowana i – jak wspomnia­łam – ma spłaszczoną strukturę hierarchii. Stanowi ona wzorzec dla innych ubo­gich krajów. Powstał nawet międzynarodowy instytut badający funkcjonowanie BRAC i rozważający wykorzystanie modelu działania tej organizacji w innych biednych państwach.

I oto wspaniała wiadomość: w 2006 roku Muhammad Yunus otrzymał Poko­jową Nagrodę Nobla! To głęboki ukłon w stronę tego wielkiego człowieka, a za­razem akt poparcia i wzmocnienia działalności społeczności lokalnych.

Profesjonalny charakter polskiej pomocy humanitarnej

W okresie PRL-u datki na cele charytatywne były zbierane głównie przez księży chodzących po kolędzie. Częściej jednak były przeznaczane raczej na odrestauro­wanie wieży kościoła niż na pomoc potrzebującym. Moja harcerska „okołokomunistyczna” pamięć z dzieciństwa odnotowuje poza tym zbiórki na PCK, a pamięć z okresu studiów – okazjonalne gesty pomocy udzielanej przez nasz rząd krajom Trzeciego Świata, które zachowały się „poprawnie politycznie”. Wówczas w grę wchodziło, na przykład, danie nielicznym młodym ludziom z tych krajów szansy studiowania na polskich uczelniach. Ale określenie „działalność charytatywna” – podobnie jak zjawisko, do którego się odnosiło – tkwiło w ówczesnym społe­czeństwie nieco zawstydzone w ukryciu.

Filantropia ożyła w Polsce gwałtownie z chwilą polityczno-ekonomicznej transformacji. Bieda, która wyszła na ulice wolnorynkowej, rozwarstwionej eko­nomicznie Polski, została zauważona i nie zlekceważono jej; no, przynajmniej częściowo. Najliczniejsze i najskuteczniejsze są akcje charytatywne przed święta­mi Bożego Narodzenia. Wykorzystują one – jak słusznie konkluduje Wrabec – nastrój świątecznej harmonii i tradycji obdarowywania się prezentami. W tym okresie rusza w Polsce – jak podaje cytowany autor raportu o polskiej fi­lantropii – wiele inicjatyw, poczynając od ulicznego zbierania pieniędzy do pu­szek, a kończąc na profesjonalnie przygotowanych akcjach gromadzenia datków przy okazji różnych imprez.

Najpopularniejsza, najbardziej dochodowa i znana poza granicami Polski jest doroczna Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, organizowana od 15 lat przez Jerzego Owsiaka. Ofiarodawca otrzymuje serduszko, które nabrało wartości cen­nego talizmanu. W roku 2006 – jak podaje Wrabec – do 120 tysięcy puszek ze­brano 23 miliony złotych. Jest to wielki spektakl medialny, który uruchamia emo­cje odbiorców. A wzruszony człowiek – nie tylko Polak – to źródło gestu.

Nad podziw profesjonalnie działały przed Bożym Narodzeniem 2006 roku tzw. SOS Wioski Dziecięce. Wysyłają one co roku kilkaset tysię­cy listów (poczta daje częściowy rabat) z prośbą o wpłatę 10 złotych. Na wyłoże­nie tej niewygórowanej sumy stać nawet uboższego Polaka (szczególnie w kon­tekście świąt). Jest to zarazem kwota konkretna, więc nie trzeba się głowić, ile wysłać. Dzięki temu więcej osób odpowiada na apel i robi to od razu, nie odkła­dając sprawy „do jutra, gdy się zastanowię”, co często znaczy nigdy. Jasny był też cel zbiórki – w tym wypadku wsparcie na rzecz utrzymania rodzinnych domów dziecka. Równie profesjonalnie została zorganizowana akcja „Świąteczna paczka”. Najpierw wolontariusze dotarli do ubogich rodzin i spisali ich potrzeby, a następnie zamieścili tę listę w Internecie. Darczyńcy mogli więc poznać potrzeby danej rodziny, przy czym – by uniknąć zawstydzenia z powodu prośby o wspar­cie – nazwisko nie było ujawniane. Następnie wybierali rodzinę, dla której kom­pletowali paczkę. W ten sposób pomoc otrzymało dwa tysiące rodzin. Cała akcja – podaje autor omawianego raportu – przyniosła dochód 30 razy wyższy niż zain­westowane w nią fundusze. Słowem, rośnie nie tylko polski kapitał społeczno-finansowy, ale także profesjonalność w jego wykorzystaniu.

Ponieważ Polacy mają serdecznie dosyć nagabywania na ulicy – pisze Wra­bec – coraz częściej datki zbiera się podczas imprez zorganizowanych dla zapro­szonych gości. Wśród nich nie ma osób ani przypadkowych, ani biednych i wszy­scy czują się zobowiązani odpłacić za wyróżnienie ich zaproszeniem. Choć nadal 55% darczyńców przekazuje datki, wrzucając pieniądze do puszek, rośnie popu­larność charytatywnych SMS-ów i tzw. audiotele. W roku 2006 skorzystało z tej formy udzielania pomocy aż 23% osób oferujących datki; sześć razy więcej niż przed czterema laty.

Zwiększa się także liczba firm filantropijnych. Największym beneficjentem – jak podaje Wrabec – jest Caritas (15 milionów), a za nim ZHP (1,4 miliona). Na liście polskiej czołówki charytatywnej znajduje się między innymi popularna (ale już z sumą dziesiątek tysięcy, a nie milionów) Fundacja Dzieci Niepełnospraw­nych „Nadzieja”*. Rośnie też umiejętność i efektywność pozyskiwania firm do sponsorowania akcji społeczno-charytatywnych. Czynią to profesjonaliści, coraz częściej zatrudnieni na etatach, bazą są zaś wolontariusze.

Wsparcie finansowe udzielane przez przeciętnego Polaka, podobnie jak przez statystycznego obywatela żyjącego w sferze zachodniej, jest wciąż znacznie mniejsze, niż mogłoby być. Nie ma jeszcze bowiem nawyku, by pod choinkę za­miast kolejnego swetra dać cioci Ani kopertę z gotówką, z sugestią przekazania tych pieniędzy, na przykład, na zakup siatki antymalarycznej, która uratuje nie jedno, lecz często kilkoro afrykańskich dzieci. Trzeba ten zwyczaj przełamać. Na pewno nie można powstrzymać trzęsienia ziemi, ale można zapobiec choćby „trzęsieniu ospowemu czy malarycznemu”, dzięki drobnym datkom na szczepion­ki i leki.

A że można uczynić to skutecznie, dowodzą też niektóre polskie akcje hu­manitarne, które zaczęły wychodzić poza problemy lokalne, co jest kolejnym znakiem włączania się naszego kraju w rytm globalizacji. Na przykład – jak po­daje Wrabec – przedstawicielstwo UNICEF Polska zorganizowało w roku 2006 zbiórkę pieniędzy na szczepienie dzieci przeciw odrze w Sierra Leone, pod ha­słem „Przepustka do życia”. Akcja była oparta na znanej zasadzie Every penny may help, czyli „Liczy się każdy pens”, w naszym wypadku – grosz. Chodziło mianowicie o ofiarowanie 2 złotych, które wystarczają na zaszczepienie pię­ciorga dzieci. „Uratowanie pięciorga dzieci za 2 złote to istotnie dobry interes” – kalkulowali obywatele i organizacja zebrała, głównie dzięki SMS-om 2 milio­ny złotych.

Misja i działalność afrykańskiego „świętego” i ikony rocka – Bono

Szczyt Wielkiej Ósemki jest dorocznym spotkaniem, podczas którego – jak dow­cipnie pisze Tyrangiel – dwie rzeczy są pewne. Jedna to zbiorowe zdjęcie przywódców światowej czołówki, a druga to brak jakichkolwiek przyjemnych zdarzeń. W lipcu 2005 roku, gdy spotkanie odbywało się w szkockiej miejscowo­ści Gleneagles, Bono zadbał o to, żeby wreszcie coś miłego zdarzyło się przywód­com świata. Otóż, wraz z Bobem Geldofem (także gwiazdą rocka) i Richardem Curtisem (znanym angielskim reżyserem filmowym) zorganizował koncert rocko­wy na stadionie w położonym niedaleko od miejsca obrad Edynburgu. Jednocze­śnie w dziewięciu innych metropoliach świata odbyły się podobne koncerty pod wspólną nazwą Live 8. Wzięli w nich udział najświetniejsi artyści z całego świata, których występy oglądały dwa miliardy telewidzów, a w samych koncertach uczestniczyło półtora miliona publiczności. Celem Live 8 było zwiększenie stop­nia świadomości ludzi w kwestii globalnej biedy. Przed brytyjskim koncertem Bono zaprosił za kulisy wielu uczestników tego politycznego spotkania, by ich także włączyć do frontu jedności w walce z biedą.

Szczyt w 2005 roku – jak wiadomo – został na chwilę przerwany wskutek ata­ku terrorystycznego w Londynie. Następnego dnia Wielka Ósemka wróciła jednak do stołu obrad i podjęła decyzję o umorzeniu długu najbardziej ubogich krajów Afryki i o zwiększeniu pomocy finansowej aż o 50 miliardów (a nie o 25 miliar­dów, jak wcześniej planowano) do roku 2010. Sceptycy mówią podniesionym gło­sem, że to nie wystarcza, bo zamiast 50 tysięcy ludzi umierających codziennie z powodu głodu i chorób, którym można zapobiec, będzie umierało nadal 37 tysię­cy. Niestety, ci sceptycy nie są w stanie sprawić, by te 50 tysięcy istnień ludzkich ocalało. Tu nie należy krytykować innych za czyny, lecz działać, i to szybko.

Bono wie również, że aby być skutecznym, trzeba mieć coś więcej niż gwiazdorską charyzmę. Staje się więc coraz lepszym ekspertem w dziedzinie biedy na świecie. Perswazja musi być dostosowana do rodzaju odbiorcy. I tak, w czasie lunchu z prezydentem Bushem (który – jak powszechnie wiadomo – wy­grał dwukrotnie wybory prezydenckie w znacznej mierze dzięki postawieniu się w roli syna marnotrawnego, który po przejściach z alkoholizmem powrócił na łono Kościoła) cytuje wersety z Biblii. I mówi wtedy: „W wielu sprawach nie wiemy, czego tak naprawdę Pan Bóg od nas oczekuje. Ale wiemy na pewno, że błogosławi każdy akt pomocy desperacko ubogim ludziom”. Po­tem dopiero prosi o pieniądze. Gdy rozmawia z senatorem, który ma ambicje poli­tyczne, podkreśla znaczenie takiej pomocy dla utrzymania obrazu wielkości Ame­ryki; potem prosi o pieniądze. Natomiast w trakcie koncertów na stadionach woła do tysięcy rozentuzjazmowanych fanów, by złączyli się we wspólnej misji uczy­nienia biedy przeszłością. Następnie U2 wykonuje utwór One („Jedność”).

Nie wszystkie podejmowane przez Bono próby były „od zawsze” skuteczne. Gdy w połowie prezydentury Bill Clinton przychylnie odniósł się do starań arty­sty i zaakceptował plan zmniejszenia afrykańskiego długu o sześć miliardów, amerykański Kongres sprzeciwił się tym planom. Początkowo dla ludzi Waszyng­tonu Bono nie był bowiem autorytetem i gdy prosił ich o rozmowę, nie zmieniali rozkładu (tak jak robią to dziś) swoich codziennych spotkań. W ostateczności go­dzili się na kilkanaście minut rozmowy na lotnisku w trakcie oczekiwania na sa­molot. Bono nie traktował tego jako upokorzenia i czekał na lotnisku na senatora. Dziś gwiazdor nie ma takich problemów. Papież, Condoliza Rice czy były pre­mier Tony Blair mają dla niego czas i nieraz to oni dostosowywali swój rozkład zajęć do terminarza lidera U2. Uwagę poświęcają mu także rektorzy Harvardu czy Princeton, a także tamtejsi profesorowie, którzy udzielają mu konsultacji z ekono­mii, oraz najlepsi naukowcy z MIT (Massachusetts Institute of Technology), któ­rzy opracowują nowe leki. Zawsze też stoją przed nim otworem drzwi domu i biu­ra jego przyjaciół, Billa i Melindy Gatesów.

Większość fanów U2 to ludzie młodzi. Niewykluczone, że niektórzy z nich będą w przyszłości przywódcami narodów i świata. Gra na jedną nutę w tonie wielkiej pasji wspartej potęgą internetowego pieniądza łączy się harmonijnie z si­łą muzyki jako uniwersalnego języka ludzkości. Stanowi ona wielką szansę dla urzeczywistnienia misji walki z biedą.

Misja i działalność Fundacji Gatesów oraz „zastrzyk” Buffetta

Andrew Carnegie powiedział ponoć, że bogaty człowiek, który umiera, nie po­dzieliwszy się swoim majątkiem z innymi – odchodzi z tego świata w niełasce. To powiedzenie wróży wiele łaski małżeństwu najbogatszych ludzi na świecie, Billo­wi i Melindzie Gatesom. Są oni pierwszymi megabogaczami, którzy zaoferowali największe w historii ludzkości kwoty na walkę z biedą i jej nieodłącznymi towa­rzyszkami – chorobami. Tym, co wyróżnia ich działalność (oprócz fundowanych kwot) spośród działalności wielkich filantropów, jest fakt, że docierają oni osobi­ście i systematycznie do siedlisk ubóstwa. Pod koniec 2005 roku – jak donoszą Ripley i Bower – Gatesowie po raz kolejny odwiedzili Indie; tym razem najuboższą dzielnicę jednego z wielkich miast, gdzie około 9 tysięcy biedaków gnieździ się w slumsach, a nad ich zdrowiem czuwa zaledwie kilka osób. Nie są to zresztą wykwalifikowane pielęgniarki, lecz pięciu pracowników opieki spo­łecznej i jeden lekarz. Melinda bierze na ręce dzieci i za pośrednictwem tłumacza rozmawia z matkami chorych maluchów, którym podaje też lekarstwa. Bill nato­miast dyskutuje z lekarzem jedynym językiem, w jakim czuje się naprawdę kom­petentny – językiem biznesu. „Kto jest właścicielem tej ziemi? (Lekarz nie wie); Ile zarabiają pracownicy opieki społecznej? (10 dolarów miesięcznie!); Czy pra­cują tu na pełnym etacie? (Nie, bo jak mają wyżyć z tej sumy?!)” itp. Choć pod­czas swoich podróży Gatesowie niezwykle dbają o zachowanie prywatności, nie są w stanie zapobiec nieoczekiwanym wyrazom wdzięczności, takim na przykład, jak wymalowanie przed ich przybyciem na lokalnym lotnisku portretu Melindy o wielkości, której pozazdrościłby Mao.

Misją ich fundacji jest nie tylko doraźna pomoc chorym, lecz także stymulo­wanie rozwoju odkryć naukowych, które pozwoliłyby na zapobieganie chorobom. W ciągu ostatnich sześciu lat – jak podają Ripley i Bower – dzięki szczepionkom i lekom zakupionym za pieniądze Gatesów uratowanych zostało ponad 700 tysię­cy ludzi. Zarząd fundacji przeprowadza czysto ekonomiczną kalkulację w stylu: „Jeśli przeznaczymy pół miliarda dolarów na wynalezienie szczepionek i leków, a na dostępne szczepionki i leki następne pół, to uratujemy x ludzi. Przekazując zaś 75% na badania nad nowymi szczepionkami, uratujemy y osób” (parafraza). Na­wiązuję do sytuacji dotyczącej przeznaczania większych kwot z Fundacji Gatesów na badania nad nowymi szczepionkami i lekami, które jednak nie przynosiły na­tychmiastowych wyników. W rezultacie, udawało się uratować mniej osób, po­nieważ większa część dotacji kierowana była na badania, które nie kończyły się istotnymi odkryciami. Dlatego Gatesowie powrócili do większego inwestowania w już dostępne szczepionki i leki.

Jednym z dowodów na to, że sprawa globalnego zdrowia, nieodłącznie zwią­zana z biedą, może być przedmiotem stricte biznesowego podejścia, jest sposób, w jaki państwo Gatesowie podchodzą do statystyk, gdy przedstawiają misję swo­jej fundacji. Otóż, obserwują oni, jak choroby przekładają się na straty ekono­miczne, a jak zapobieganie im przynosi narodom zyski. Na przykład, podają oni, że koszty leczenia chorych na mala­rię oraz straty wynikające z niskiej produktywności tych osób wynoszą w Afryce 12 miliardów dolarów rocznie. Jeśliby ta choroba została wyeliminowana – a była na to nadzieja już w latach 60. — to (uwaga!) dochód narodowy na kontynencie afrykańskim byłby dziś o 100 miliardów dolarów większy. Podobnie jest z wiru­sem HIV. Jeśli tempo i zakres jego rozprzestrzeniania się pozostanie na obecnym poziomie, można oczekiwać 45 milionów nowych zakażeń do 2010 roku i 70 mi­lionów ofiar zabitych przez AIDS do 2020 roku. Będzie to oznaczało nie tylko utratę tych istnień ludzkich, lecz również straty ekonomiczne, tym bardziej że śmierć dosięgnie oprócz zwykłych obywateli także tych najcenniejszych dla wal­ki z biedą i chorobami – personelu medycznego, nauczycieli, wychowawców oraz rodziców.

Słowem, choć działalność Gatesów nie jest dyktowana jedynie dobrocią ser­ca (która charakteryzuje głównie okazjonalnych ofiarodawców) i wiąże się ponie­kąd z kalkulacją ekonomiczną, to pozwala na otarcie łez z twarzy setek tysięcy uratowanych osób.

Przez 10 lat prowadzone były negocjacje – utrzymywane w ścisłej tajemnicy – między Gatesami a ich przyjacielem, drugim na liście największych bogaczy świata, multimiliarderem Warrenem Buffettem, który jest właścicielem i CEO Berkshire Hathaway. W czerwcu 2006 roku oświadczył on publicznie, że przeka­zuje około 85% swojej fortuny na cele charytatywne. Jest to 36 miliardów dola­rów. Większa część tej sumy została skierowana do Fundacji Gatesów. Pozostałe pieniądze trafiły do fundacji prowadzonych przez każde z trojga dzieci Buffetta. Notabene, gdy zapytano go, co myślą o 36-miliardowej darowiźnie dziedzice jego fortuny, odpowiedział, że jego dzieci będą miały wystarczająco dużo, by robić wszystko, o czym zamarzą, ale nie aż tak dużo, by nie robić nic. Brawo dla tego filantropa za jego psychologiczną mądrość! Ważne jest też to, że przekazał swój majątek za życia, a nie – jak robili to inni wielcy ofiarodawcy – poprzez za­pis w testamencie. Był to psychologicznie przemyślany ruch, by stworzyć wzór i motywację dla innych bogaczy świata. Przecież mając pozycję finansową i wpływy, dysponuje się większą mocą perswazji, także w inicjowaniu działalno­ści humanitarnej.

Gest Buffetta zbiegł się w czasie z anonsem Billa Gatesa o planie jego przej­ścia ze stanowiska CEO Microsoftu na emeryturę w 2008 roku. Tłumaczył to chę­cią skoncentrowania się na pracy w fundacji (ma zachować jedynie głos doradczy w Microsofcie) i takiego jej zorganizowania, by więcej pieniędzy było przekazy­wanych bezpośrednio na daną akcję, a znacznie mniej na koszty administracyjne. I w tym zakresie – jak wspomniałam – organizacje międzynarodowe mogą sko­rzystać z dobrego modelu, by dokonać zmian w pożerających duże kwoty zbiuro­kratyzowanych strukturach. Oby zechciały go zaadaptować!

Fundacja Gatesów z 29 miliardami dolarów, zasilona podobną kwotą ofero­waną przez Buffetta, stanowi najpotężniejszą pod względem finansowym organi­zację charytatywną w historii ludzkości. Jest też najlepiej zaplanowana i zorga­nizowana. Nawet zanim jeszcze szef Hathaway a dołączył się ze swoją fortuną, Fundacja Gatesów ofiarowywała rocznie na same cele zdrowotne kwotę równą tej, jaką wydaje w skali roku cała Światowa Organizacja Zdrowia. Póki nie we­szła ona na arenę, dziedzina globalnego zdrowia była „ziemią niczyją”. Nawet w oficjalnych organizacjach międzynarodowych powołanych do walki z choroba­mi i biedą istniało przekonanie, że problem zdrowia i nędzy w krajach ubogich jest tak obezwładniający, iż niewiele można w tej materii zdziałać. Gatesowie dokonali przełomu w takim myśleniu i sprowokowali tym samym rządy bogatszych krajów oraz różne korporacje (głównie farmaceutyczne) do znacznego zwiększe­nia pomocy finansowej oraz wsparcia w postaci tańszych lub darmowych leków. I tak, mała Norwegia, biorąc przykład z Fundacji Gatesów, przeznaczyła na ten cel ogromną jak na tak niewielki kraj sumę 290 milionów dolarów (rozłożoną na pięć lat). Gates docenia taki wkład, stawiając Norwegię za wzór do naśladowania, podobnie jak GlaxoSmithKline – gigantyczną korporację farmaceutyczną, która dostarcza najwięcej tańszych leków, niektóre przekazując do ubogich krajów na­wet za darmo.

Wiedząc, że problem biedy wiąże się na wiele sposobów z polityką, Gates uczestniczy często w posiedzeniach Wielkiej Ósemki i rozmawia także z przy­wódcami krajów Unii. Towarzyszy mu w tych rozmowach jego sprzymierzeniec w walce z ubóstwem – Bono. Ich przyjaźń była początkowo dla wszystkich wielkim zaskoczeniem, gdyż Gates jest znany z tego, że nie traci czasu na kontakty z ludźmi, którzy nie znają się na biznesie. Zarówno on, jak i Melinda słyszeli o działalności Bono, ale nie przypuszczali, że gwiazdę rocka może być stać na coś więcej niż analizę w stylu – jak to określa Gibbs - Let’s be nice („Bądźmy mili” – to zarazem tytuł jednego z przebo­jów U2). Ale spotkała ich niespodzianka. Podczas lunchu w posiadłości Gatesów, na który został zaproszony przed kilku laty Bono, Melinda i Bill odkryli po trzech minutach, że gwiazda rocka zna się na sprawach globalnej biedy i zdrowia na poziomie znacznie lepszym niż 99% amerykańskich senatorów! Tego wieczoru Gatesowie udali się, zresztą po raz pierwszy, na koncert U2. Powtórzyli to rów­nież następnego wieczoru, zafascynowani tym, jak Bono potrafi poruszyć tysiące uczestników koncertu rockowego i zachęcić ich do działania na rzecz jego misji, znanej pod hasłem „Uczynić biedę historią”.

Bill i Melinda Gatesowie oraz Bono zostali uznani przez słynny amerykański tygodnik „Time” za ludzi roku 2005 i ten wybór spotkał się z aplauzem Ameryka­nów. Jak się dziś uważa, główny wkład Gatesów to fundusze i utrzymanie finan­sowego rygoru, a udział Bono to entuzjazm i wibracje emocjonalne. Bono jest przy tym skromny w ocenianiu swojego udziału i mówi otwarcie, że to Gates zmienił świat, i to dwukrotnie – raz dzięki Internetowi, drugi raz dzięki swojej misji w walce z biedą i chorobami w Trzecim Świecie. Jest też przekonany, że w dalekiej przyszłości może się okazać, iż huma­nitarne dziedzictwo Gatesa będzie bardziej pamiętane przez ludzkość niż jego infotechnologiczne osiągnięcia. Opowiadam się „za”.