Polska bieda bezrobotnych

Rozwarstwienie polskiego społeczeństwa, które nasiliło się drastycznie wraz z nastaniem ekonomii wolnorynkowej, stworzyło nowy rodzaj polskiej biedy, która odpowiadałaby kategorii biedy relatywnej w klasyfikacji Sachsa. Tak jak w innych krajach rozwiniętych gospodarczo, doświadczają jej głównie bezrobotni. Na początku tej dekady odsetek bezrobotnych był zastraszająco wysoki, bo bliski 20%. Oznaczało to, że co piąty Polak nie pracował. Całkiem zdrowy rozwój gospodarki pozwo­lił zmniejszyć ten wskaźnik do około 13%, co jest wielkim osiągnięciem. Mimo to wciąż znacznie odbiega on od porównywalnych wskaźników w innych krajach zachodnich. Wspomnę na marginesie, że w USA temat bezrobocia stał się wyjątkowo drażliwy, od­kąd Clintonowe 4% ludzi bez pracy przekształciło się w Bushowe 4,7-5%. Część skut­ków społeczno-gospodarczych bezrobocia jest wspólna wielu krajom. Wszędzie obciąża ono niezmiernie budżet państwa oraz powoduje zjawisko stygmatyzacji społecznej. Oso­by bezrobotne i ich rodziny odczuwają jego konsekwencje psychologiczno-społeczne, a także zdrowotne.

Jednakże w Polsce – jak utrzymuje Podgórska – bezrobocie ma specyficzny charakter w porównaniu z bezrobociem panującym w krajach o ustabilizowanym syste­mie gospodarki wolnorynkowej. Jest ono mianowicie dziedzictwem systemu centralnego zarządzania i jako takie wiąże się nie tylko z marazmem, apatią i brakiem poczucia odpo­wiedzialności za własne życie – czyli głównymi elementami syndromu „choroby bezro­botnych” – lecz również z postawą roszczeniową. Właśnie taka postawa jest skutkiem funkcjonowania w ramach systemu, który opierał się na regule: „Czy się stoi, czy się leży – dwa tysiące się należy”. Naturalnie, kwota się zmieniała, tylko zasada trwała. Jak mówi Podgórska, właściwym okre­śleniem niektórych polskich bezrobotnych byłoby słowo „nierobotni”. Stają oni na skrzy­żowaniu ulic z wywieszką na piersiach: „Przyjmę pracę lekką i dobrze płatną”. Zdaniem autorki, w Polsce wyróżnić można obecnie dwa segmenty permanentnych bezrobotnych. Pierwsza grupa zamieszkuje osiedla popegeerowskie, które stały się – jak pisze Podgór­ska – klatkami, gdzie gnieżdżą się spadkobiercy mentalności chłopów pańszczyźnianych oraz robotników najemnych. Żyją oni według zasady: „Nie robim, bo się narobim”. Przed­stawiciele tej grupy czekają na wsparcie socjalne ze strony państwa. Nie powiodła się żadna inicjatywa Ministerstwa Pracy z lat 90., taka jak uprawa truskawek, hodowla króli­ków czy bydła. Sadzonki truskawek ponoć wygniły przed ich posadzeniem, króliki maso­wo wyzdychały, a – jak dowcipnie, choć sarkastycznie komentuje Podgórska – wszystkie byki opasowe akurat przed Bożym Narodzeniem jednocześnie popełniły samobójstwo przez powieszenie się na łańcuchach.

Druga grupa bezrobotnych-nierobotnych to ludzie mieszkający w mieście, któ­rzy odmawiają podjęcia pracy, gdy zasiłki są bliskie wysokości pierwszej pensji, jaką pracodawca może zaoferować. Polskie badania dowodzą niezmiennie, że mitem jest przekonanie, jakoby bezrobotni chcieli pracować, tylko że nie ma dla nich pracy; spora ich część nie chce jej bowiem w ogóle podjąć. Pracują więc raczej na czarno, a zasiłek traktują jako dodatkową gotówkę. Podgórska podaje, że w wielu urzę­dach pracy miesiącami wiszą oferty dla nisko wykwalifikowanych pracowników w zawo­dach takich, jak szwaczka czy krojczy. Kobiety ze specjalizacją szwaczki wyniesioną ze szkoły zawodowej wolą zasiłek niż pracę, gdyż obawiają się komputerów, instalowanych w zautomatyzowanej hali, gdzie szyje się, na przykład, pokrowce na fotele samochodowe. Aby zachęcić z kolei mężczyzn do podjęcia pracy na stanowisku krojczego, przedsiębiorstwa wykorzystywały trik, który wiele razy przyniósł dobre efekty w zachodnich firmach. Mianowicie, zmieniono nazwę stanowiska krojczy na: „operator linii technologicznej do wy­krawania tkanin” (świetna nazwa!). Trik się nie powiódł, ponieważ zmiana nazwy nie pocią­gnęła ze sobą zmiany wysokości wynagrodzenia – nadal było ono tak samo niskie, jak dla krojczego. Postawy te wskazują, że w wolnorynkowej Polsce panuje przekonanie odwrotne do tego, które uczyniło Amerykanów najbogatszym społeczeństwem na świecie – a zatem, że bogactwo nie bierze się z pracy, ale z wykorzystywania władzy i z kombinowania.

Interesująca jest też sugestia Podgórskiej, że w akceptowaniu statusu bycia ubo­gim pewną rolę odgrywa także katolicyzm. Ta religia bowiem pochyla się nad biednym, będącym ofiarą okoliczności. Notabene, na tej zasadzie katolicyzm przygarnia chorą afrykańską biedotę, rozpowszechniając się w Afryce bardziej niż gdziekolwiek indziej. Nie zakorzeniła się u nas etyka protestancka, która uczyniła cuda w Ameryce, głosząc i uaktywniając ideę pracy jako naczelnej cnoty oraz pierwszorzędnej wartości, jakiej hołduje człowiek. Wskutek tego poziom polskiego ubóstwa pogłębia się, a na dodatek towarzy­szy mu wysoki stopień pogodzenia się z biedą – oczekując na kolejny zasiłek czy po­życzkę, nie robi się nic. Ta tendencja staje się – jak obserwuje cytowana autorka – „dzie­dziczna”; przechodzi z rodziców na dzieci.

Postępujące przeludnianie się globu sprawia, że bezrobocie staje się coraz powszechniejszym zjawiskiem. I właśnie w slumsach nic nierobiących nędzarzy, dotkniętych najpierw relatywną, a wkrótce potem krańcową, biedą, zagnieżdżać się będą nie tyl­ko masowo rozprzestrzeniające się choroby zakaźne, ale i wszelkiego rodzaju patologie społeczne, takie jak alkoholizm, molestowanie dzieci, przemoc w rodzinie, kradzieże, prostytucja czy używanie narkotyków. Polska bieda, choć na razie niemrawa, nie jest wy­kluczona z kręgu nasilających się patologii społecznych. Jest to smutna pieczęć, jaką przystawia nowa Polska, znacząc swoje wejście w globalizujący się świat.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.