Archive for Czerwiec, 2012

Apel

To, co może zaburzyć linearny rozwój globalnego świata, prognozowany przez ekonomicznych i politycznych ekspertów, nie musi mieć charakteru katastrofy. Równie dobrze może być pozytywnie nacechowane i stać się nawet „wybawie­niem” dla ludzkości. Być może wystarczyłoby opracowanie sposobu na kumu­lowanie przez długi czas w niewielkich bateriach ogromnych mas produkowanej niezwykle tanio i w ekologicznie przyjazny sposób energii elektrycznej, by nie tylko współrodacy autora wynalazku, ale i reszta ludzi doznała poprawy losu we wszystkich dziedzinach. W istocie lista przełomowych wynalazków może dotyczyć wielu dziedzin życia codziennego, w tym odkryć medyczno-farmakologicznych. Może ktoś z Czytelników dokona takiego epokowego odkrycia?!

Ale tym, co chcę przede wszystkim uczynić, jest zaapelowanie do Czytelników, by uwierzyli w siłę każdego, nawet drobnego ge­stu na rzecz ulepszania świata. Jedni z Czytelników zostaną wychowawcami i na­uczycielami, kształcącymi mądrych liderów zarządzających swoimi społeczno­ściami. Drudzy podejmą się roli aktywistów walczących o zachowanie zdrowia planety albo będą specjalistami w dziedzinie medycyny i włączą się w działalność takich organizacji, jak „Lekarze bez granic”, lub będą w tym zakresie wspie­rać swoje małe, lokalne społeczności. Inni będą nieść pomoc ludziom żyjącym w skrajnej biedzie. Jeszcze inni zostaną biznesmenami, naukowcami, politykami. Abstrahując od tego, czym dokładnie będą się zajmowali jako profesjonaliści, w każdej z tych dziedzin mogą wykonywać pozornie małe, pojedyncze gesty, któ­re zsumowane wpłyną na pomyślność wszystkich ludzi zamieszkujących naszą planetę i jednocześnie przysłużą się pokojowi na świecie. Są to najbardziej warto­ściowe idee, jakie powinny przyświecać całej ludzkości – niezależnie od tego, w jakim stopniu jest ona zglobalizowana i przez którą z gospodarczych potęg ste­rowana.

Gdy symulacja stanie się rzeczywistością

W lutym 2005 roku amerykańska naukowa stacja telewizyjna NOVA nadała program za­tytułowany Dirty war, czyli „Brudna wojna”. Film przedstawiał rzekomy atak ekstremistów islamskich na jedną z dzielnic Londynu z użyciem broni radioaktywnej. Widz mógł śle­dzić, jak łatwo dotarło do Wielkiej Brytanii kilka beczułek ze składnikami bomby, przemy­conych w kontenerze ze środkami chemicznymi (w standardowych opakowaniach) z Turcji. Terroryści byli członkami międzynarodowej siatki, ale główni „wykonawcy” mieszkali w Londynie, a niektórzy z nich byli obywatelami brytyjskimi. Okazało się, że mieli wprawę w konstruowaniu bomb, nabytą podczas studiowania zapisów interneto­wych oraz w trakcie specjalistycznego treningu, jaki przeszli w Pakistanie.

Mimo że służby interwencyjne w Londynie, w tym wypadku specjalne ekipy strażac­kie, przechodziły szkolenie na wypadek ataku terrorystycznego z użyciem różnych ro­dzajów broni masowego rażenia (co pokazano na początku filmu), gdy do niego doszło – strażacy nie wiedzieli, co robić (np. czy zakładać maski przeciwgazowe), nie mieli pod ręką urządzeń dozymetrycznych ani do odkażania ludzi i działali w chaotyczny, niezorganizowany sposób. Ich wcześniejszy trening dotyczył przede wszystkim ataku z uży­ciem broni chemicznej, a w czasie symulowanej napaści wykorzystano substancje radio­aktywne! Zresztą również inne służby zaangażowane w akcję ratowniczą nie wiedziały, jaka substancja spowodowała wybuch, a w konsekwencji pożar i chmury dymu układa­jące się w kształt grzyba. Ale to było widoczne dopiero z większej odległości.

Rzecz jasna, nie mniej zdezorientowani byli zwykli obywatele, którzy znaleźli się w pobliżu miejsca ataku. Tysiące skażonych radioaktywnie osób ruszyło do szpitali po pierwszą pomoc i nikt ich przed tym nie powstrzymał. W ten sposób skażenie rozprze­strzeniało się na kolejne osoby, do czego by nie doszło, gdyby udzielono ofiarom po­mocy na miejscu. Ludzie ci także nie mieli pojęcia o podstawowych środkach ostrożno­ści, na przykład pili wodę, nie bacząc na jej skażenie substancjami radioaktywnymi, w ogóle nawet nie myśląc o tym oczywistym fakcie. Zanim ogłoszono za pomocą me­gafonów, jak należy zachować się w takiej ekstremalnej sytuacji, dla wielu było już za późno.

Wbrew temu, co widzowie oglądali na bieżąco w telewizji, politycy uporczywie podtrzymywali, że Londyn jest w pełni przygotowany do odparcia każdego ataku terrorystycznego i że służby robią wszystko, by zminimalizować skutki napaści. Taka rozbieżność informacji jedynie nasilała panikę. Oni także nie mieli pojęcia, co robić, nie wiedząc, czy radioaktywne skażenie do nich dotarto. Notabene, wybuch drugiej bomby, pokazany w tej filmowej symulacji, został na szczęście udaremniony przez angiel­ską policję. Jak komentowali specjaliści już po projekcji filmu, terroryści zazwyczaj „zabezpieczają” atak, czyli przeprowadzają drugi, na wypadek gdyby pierwszy się nie udał (świadectwem tego były rzeczywiste, nie symulowane ataki w Londynie). To ważna informacja dla służb interwencyjnych, które w przypadku opisanej symulacji akurat do­brze sobie poradziły.

Choć istnieje powszechna świadomość zagrożenia atakiem i jego tragicznych na­stępstw, żaden kraj nie jest dziś dostatecznie przygotowany do ochrony obywateli na wy­padek akcji terrorystycznej z użyciem broni radioaktywnej. Zresztą społeczeństwa w za­sadzie nie są o tym informowane, ponieważ władze chcą w ten sposób uniknąć pogłębiania się strachu u obywateli, uważając, że szkolenia na temat zachowań w razie ataku z użyciem broni masowego rażenia mogłyby jedynie wywołać panikę ludności. Dlatego też, między innymi, programy telewizyjne takie, nadawane są późnym wieczorem i to na rzadko oglądanych kanałach. Mimo że – co podkreślali rozmówcy po emisji filmu – kwestia uświadamiania społeczeństwa jest bardzo ważna, na­biera zazwyczaj odpowiedniego znaczenia dopiero wtedy, gdy dochodzi do rzeczywiste­go ataku. Nawet najbogatsze kraje zachodnie przedkładają bowiem taktykę reaktywności nad proaktywność, czyli po prostu reagują na zdarzenie, a nie przygotowują się na nie z góry. To ostatnie działanie byłoby niezwykle kosztowne, choć – jak twierdzą niektórzy – nieporównywalnie mniej niż takie polityczne posunięcia, jak wojna w Iraku.

Podobnie nieprzygotowany jest świat na atak terrorystyczny z użyciem broni che­micznej, a szczególnie biologicznej, czego konsekwencje mogą być dosłownie globalne. Każda z takich katastrof byłaby istotnym czynnikiem zaburzającym prognozy światowej dynamiki wpływów.

Ryzyko użycia broni nuklearnej przez terrorystów

W trakcie zimnej wojny świat żył przez wiele lat w poczuciu zagrożenia wynikają­cego z możliwości użycia broni nuklearnej przez kraje zaangażowane w ten kon­flikt polityczny. Ale gdy wówczas specjaliści zadawali sobie pytanie, czy terroryści byliby skłonni posłużyć się bronią atomową – nie­którzy odpowiadali „nie!”. Dziś takie twierdzenie posądzono by o naiwność.

Osama bin Laden niejednokrotnie zapewniał w swoich publicznych wystą­pieniach, że zdobycie broni nuklearnej przez Al Kaidę jest obowiązkiem religij­nym. Eksperci uważają, że gdyby tej organizacji się to udało – nie wahałaby się jej użyć. Nawet jeśli skonstruowanie broni masowego rażenia wymaga czasu i odpowiedniej technologii, to dostęp do surowych materiałów na szmuglerskim globalnym rynku oraz do specjalistów, którzy znają się na bardzo niebezpiecznych konstrukcjach (np. klepiący biedę byli sowieccy wojskowi oraz naukowcy), stwarzają realną groźbę, że pewnego dnia w ręce terrorystów wpad­nie śmiercionośna broń. Calabresi powołuje się na opinię Ivana Oelricha, dyrek­tora ds. bezpieczeństwa przy Zrzeszeniu Amerykańskich Naukowców, który twierdzi, że skonstruowanie prymitywnej bomby nuklearnej jest w istocie bar­dzo proste.

Natomiast do wykonania prawdziwie groźnej bomby jądrowej niezbędna jest odpowiednia ilość wzbogaconego uranu, którego produkcja jest bardzo skompli­kowanym procesem, wymagającym specjalistycznej wiedzy, wyrafinowanych urządzeń i ogromnych pieniędzy. Niestety, wielu państwom udało się wyprodu­kować ten niebezpieczny składnik. Zwykle tego typu materiały są składowane w laboratoriach naukowych i trzymane pod ścisłym nadzorem w specjalnych ma­gazynach broni i w innych strzeżonych miejscach. Ale część już znajduje się w obiegu na czarnym rynku i pochodzi głównie z byłego Związku Radzieckie­go. Również źle opłacani pracownicy przedsiębiorstw, które wykorzystują technologie nuklearne, mogą stać się bardzo podatni na korupcję. A gdy dysponuje się odpowiednią ilością właściwie spreparowanego uranu, można skonstruować pry­mitywną bombę, w „laboratorium” zlokalizowanym dosłownie na pace małej cię­żarówki.

Międzynarodowej grupie specjalistów udało się odzyskać część uranu będą­cego w nielegalnym obiegu, która pochodziła z takich krajów, jak Rosja, Uzbeki­stan, Bułgaria, Rumunia, Republika Czeska czy Libia. Ale jest to tylko część tego niebezpiecznego materiału. A kradzież trwa. Ocenia się, że tylko w Rosji zabez­pieczanie miejsc składowania uranu (zakładając dobrą wolę władz tego kraju) trwać będzie przynajmniej do 2020 roku. Calabresi cytuje wypowiedź jednego z amerykańskich senatorów, który twierdzi, że jesteśmy świadkami wyścigu mię­dzy globalną współpracą w zakresie konfiskowania szmuglowanych materiałów nuklearnych a nieopisaną katastrofą. Aby jej uniknąć, rząd USA próbuje wywrzeć nacisk na przywódców Rosji, by doprowadzili do zniszczenia nadwyżek uranu, zanim wpadną one w niepożądane ręce. Po raz pierwszy sprawa ta stała się przed­miotem dyskusji na szczeblu prezydenckim podczas spotkania Busha z Putinem w lutym 2005 roku w Bratysławie. Publiczne deklaracje współpracy głów pań­stwa stwarzają nadzieję na skuteczniejsze działania.

Świat nie może pozwolić sobie na bezczynność, gdyż terroryści są bardzo ak­tywni, zarówno w zdobywaniu informacji o technologii konstruowania bomb, jak i w próbach przekupstwa, pozwalających dotrzeć do wzbogaconego uranu. Tym­czasem sposoby zabezpieczenia się przed taką ewentualnością, jakie stosują wła­dze nawet najbogatszych krajów na wypadek użycia broni nuklearnej, wydają się – co opisuję w Faktach i komentarzach – co najmniej niedoskonałe.

Losy globalnego świata a możliwość użycia broni nuklearnej

Jak sygnalizowałam, wszystkie prognozy co do dalszych losów świata opierają się na założeniu, że jego rozwój będzie postępował linearnie. Historia uczy, że wcześniej czy później może dojść do wydarzeń, które skierują dzieje ludzkości na nowe, nieprzewidziane tory.

Przywódcy świata zachodniego oraz międzynarodowych agend ze szczególną uwagą i czujnością przyglądają się Iranowi, który rozbudowuje swój arsenał nukle­arny, i Korei Północnej, która już testuje broń nuklearną (choć ostatnio wynegocjo­wano w tym zakresie pewne ustępstwa). Obserwowane są także Chiny, które roz­budzone boomem gospodarczym pozostają jednak wierne ideologii komunistycznej i mimo pewnych przejawów ich demokratyzacji nie należy się spodziewać, że lu­dzie aparatu partyjnego łatwo oddadzą władzę. Dowodzący chińską armią bacznie śledzą zmieniającą się atmosferę społeczną i nie wykluczają – a właściwie to zapo­wiadają, w razie zagrożenia ich pozycji – mocnego uderzenia sterowanego przez wąską klikę wojskowych. Zdesperowani, mogą użyć broni nu­klearnej. To mało prawdopodobny, lecz niewykluczony scenariusz.

W takiej sytuacji niezwykle ważna jest polityka, jaką przywódcy świata za­chodniego prowadzą dziś i będą prowadzili jutro wobec państw będących potencjal­nym źródłem zagrożenia pokoju na Ziemi. Nazwanie przez administrację Busha trzech krajów „osiami zła” nie bardzo pomogło w utrzymaniu pokoju. Następnego dnia po tym wyzwaniu zarówno Iran, jak i Korea Północna (pierwszy członek „osi zła” to Irak) powróciły do swoich zamkniętych na chwilę laboratoriów nuklearnych. To z tego właśnie powodu – obywatele różnych krajów widzą w obecnych poczynaniach amerykańskiej administra­cji większe zagrożenie pokoju niż zagrożenie ze strony przywódców Chin.

Czasem jedno nierozważne posunięcie polityczne może wywołać katastrofę. Na przykład, Al Kaida ma coraz potężniejsze obozy rekrutacyjno-treningowe na północy Pakistanu, w prowincjach, w których ugruntowana jest tradycja plemienna i gdzie bin Ladena uważa się za świętego. Stany Zjednoczone wywierają naciski na rząd Pakistanu (który współpracuje z Ameryką na rzecz walki z terroryzmem, lecz jego działania napotykają trudności, zważywszy na nastroje panujące wśród Paki­stańczyków), by „coś z tym zrobić”. Ale zbyt agresywna interwencja mogłaby do­prowadzić – jak przypuszczają niektórzy eksperci – do ogólnonarodowego powsta­nia i obalenia rządu współpracującego z USA. Nikt nie chciałby doczekać takiego rozwoju wypadków w kraju, który dysponuje bronią nuklearną.

Nawet jeśli mądra ogólnoświatowa polityka ustrzeże ludzkość przed koszma­rem ataku nuklearnego jednego państwa na drugie (jak udało się tego uniknąć w czasach zimnej wojny), ogromnym zagrożeniem może stać się atak terrorystycz­ny z użyciem broni masowego rażenia, który będzie miał wymiar nie tylko lokal­ny. A taki scenariusz – jak opisuję poniżej – nie jest jedynie czystą spekulacją.

Chiński marsz w kierunku społeczeństwa demokratycznego

Od czasu masakry na placu Tiananmen w 1989 roku w Chinach nie zmieni) się system po­lityczny, w związku z czym wielu obywateli świata zachodniego uważa, że rząd w tym kra­ju nadal stosuje represje. Biorąc jednak pod uwagę niedaleką przeszłość, należy uznać, że obywatel dzisiejszych Chin może cieszyć się wręcz nieograniczoną wolnością – ma możliwość wyboru pracy, może bywać nie tylko w klubach karaoke, ale także w domach rozpusty, a nawet brać udział w różnego rodzaju protestach i je organizować (choć tu obowiązują jednak pewne ograniczenia). Jak podaje Dorinda, tylko w 2003 roku w Chinach odbyło się około 58 tysięcy różnorakich manifestacji, w których uczestniczyli robotnicy, mieszkańcy wsi, ekolodzy, a nawet inwestorzy giełdowi, protestując przeciw korupcji w rządzie, opowiadając się za wolnością słowa lub za zmniejszeniem podatków.

Miernikiem obecnej chińskiej wolności jest nie tylko to, że dziś obywatele nie trafiają już do aresztów za niektóre, przynajmniej, formy krytykowania władzy, ale również wyraź­ny wzrost tolerancji religijnej. Jest ona wprawdzie daleka od ideału, lecz unicestwiony mi­tem Mao duch wiary w Boga zaczyna gwałtownie ożywać i jest przez rządzących tolero­wany. Komunistyczna Partia Chin, hołdująca do niedawna Marksowskiej tezie, że religia to opium dla ludu, dziś uznaje owo opium za całkiem nieszkodliwe. Wskutek tego dozwo­lone są ceremonie czczenia ludowo-lokalnych bożków oraz działalność wyznawców bud­dyzmu, taoizmu czy islamu, a także chrześcijan, łącznie z katolikami – zarówno w miastach (gdzie w przeszłości głębiej zakorzeniony był ateizm), jak i na wsiach. Władze przymykają oczy na uroczystości religijne, bacząc jedynie, by nie przekształciły się one w zgromadzenia polityczne. Tak się chyba jednak nie stanie, ponie­waż zauważalna poprawa bytu chińskich obywateli może teraz współistnieć z wyzwolo­nym duchem religijnym. Poza tym nowo odbudowane na wsiach i w miasteczkach świą­tynie stają się często ośrodkami o charakterze komercyjnym i dostarczają funduszy do lokalnej kiesy. Partia nie tylko wyraźnie złagodziła dotychczasową ateistyczną retorykę, ale wręcz zachęca do studiowania nauk Konfucjusza, sponsorując jednocześnie liczne Instytuty Konfucjusza w Europie i Ameryce.

Innym przejawem podążania Chin ku spontanicznej, choć wciąż trochę kulejącej demokratyzacji społeczeństwa jest zakładanie organizacji pozarządowych, poczynając od klubów ping-ponga, przez grupy wsparcia dla uzależnionych od alkoholu, kończąc na klubach nowej myśli ekonomicznej oraz grupach aktywistów walczących o ochronę środowiska. Forney podaje, że w Chinach działa dzisiaj 280 tysięcy takich organiza­cji, których postulaty, zdaniem specjalistów, będą nabierały coraz większego znaczenia w tworzeniu rządowych ustaw.

Nie oznacza to, że władza w Chinach jest gotowa na każde ustępstwo i daje przy­zwolenie na każdy rodzaj działalności. Wydaje się jednak, że Pekin dość harmonijnie układa dziś swoje stosunki z obywatelami, pozwalając im na robienie wielu zabronionych wcześniej rzeczy, a przede wszystkim… pieniędzy, o ile nie będą domagali się zmiany sys­temu społeczno-politycznego. Chiński rząd odpiera też zarzuty o pogwał­canie praw człowieka, kierowane pod jego adresem zwłaszcza przez USA. Wykazuje się przy tym zresztą dużym sprytem, publikując każdego roku listę przykładów łamania praw człowieka przez Amerykę. Na liście znalazły się m.in. przejawy dyskryminacji rasowej, dra­styczne różnice w dochodach obywateli, manipulacje, jakich dopuszczają się wobec rzą­du potężne korporacje, skandale dotyczące represjonowania więźniów w Abu Ghraib i po­zbawiania ich prawa do adwokackiej obrony w Guantamo Bay.

O tym, że Chiny chwyciły wiatr w żagle i zaczęły demokratyzować swoje życie spo­łeczne, świadczy także zwrócenie się ku pewnym zasadom i standardom, które należą do szeroko rozumianej kultury osobistej. Otóż, pomimo dumy z liczącej pięć tysięcy lat historii swojego narodu, w obliczu docierania globalizacyjnego świata do wrót Wielkiego Muru, coraz silniejsza chińska klasa średnia stwierdziła, że brakuje jej manier zachodniego high life’u. Biznesmeni dłubią w nosie podczas obrad, spluwają na korytarzu i nie potrafią używać odpowiednich sztućców w zależności od serwowanych potraw. Także w dziedzinie mody, która za czasów Mao sprowadzała się do mundurka, dzisiejszy gust Chińczyków, nawet profesjonalistów, jest daleki od wymaganego wśród elit globalnego świata. Dlatego też w Pekinie i innych wielkich miastach rosną jak grzyby po deszczu oferty kursów zachodniej etykiety, dostępne nie tylko w specjalistycznych centrach, lecz nawet w szkołach biznesu.

Dodatkową motywacją do zmiany chińskiego stylu bycia są zbliżające się igrzyska olimpijskie, których gospodarzami będą Chińczycy. Notabene, ich otwarcie ma nastąpić 8.08.08, co stanowi ponoć podobnie szczęśliwą symbolikę, jak niedawno doświadczona przez Zachód zbitka siódemek: 7.07.07. Kraj Niebiańskiego Smoka chce wykorzystać to wydarzenie, by oswoić wszystkich z myślą, że to właśnie on obejmie pozycję lidera w zglobalizowanym świecie.

Brazylia – w oczekiwaniu na swoje miejsce przy brydżowym stole

Brazylia jest największym krajem Ameryki Południowej, wyróżniającym się spo­śród innych państw tego kontynentu kilkoma elementami. Pierwszym jest język –  pozostałe kraje tej części świata posługują się językiem hiszpańskim, podczas gdy Brazylijczycy mówią po portugalsku. Z pewnością nie wiąże się to zbytnio ze wzro­stem gospodarczym, lecz niewątpliwie ma znaczenie dla siły narodowej tożsamości.

Drugi wyróżnik to ogromne brazylijskie zasoby wody, które mogą się stać wielkim atutem tego kraju w przyszłych przetargach gospodarczych. Jak opisu­ją przewodniki turystyczne, wody Amazonki wystarczyłyby dla wszystkich ludzi świata, którzy wypijaliby każdej minuty po całej szklance! Na dodatek są one – w przeciwieństwie do potężnych rzek chińskich czy Nilu – wciąż raczej czyste. Jest to jeden z pozytywnych skutków niskiego uprzemysłowienia Brazylii w prze­szłości. Na terytorium tego kraju znajduje się także inne niezwykle cenne dobro, a mianowicie lasy tropikalne, czyli płuca świata.

Brazylia szczyci się również tym, że w przeciwieństwie do innych hiszpańskojęzycznych państw nie starała się przypochlebiać Ameryce i znacznie częściej niż inne ubogie kraje sprzeciwiała się jej dyktatowi oraz ją krytykowała. Na przy­kład, reakcją władz brazylijskich na wprowadzenie przed wieloma laty wiz na przejazd z Brazylii do USA było nałożenie obowiązku posiadania wiz na obywa­teli amerykańskich przybywających do Brazylii (za które zresztą trzeba dość sło­no płacić). Żaden inny kraj Trzeciego Świata nie śmiał tego zrobić! Z poparciem Chin, zbudowanym na gruncie kolosalnej wymiany gospodarczej, pozycja Brazy­lii znacznie się umocniła zarówno na obu kontynentach amerykańskich, jak i w skali świata. Także UE jest jej sprzymierzeńcem jako drugi (obok Chin) naj­większy partner gospodarczy.

Rozwojowi Brazylii sprzyjają dziś przede wszystkim właśnie Chiny. To one są głównym importerem nasion soi, ale także cukru, brazylijskiego żelaza, alumi­nium, uranu, magnezu, cynku; właściwie wszystkiego, co jest w stanie „pożreć” Wielki Smok. Ciekawe, że 30 lat temu eksport kawy stanowił 50% całego brazy­lijskiego eksportu, a dziś wynosi on zaledwie kilka procent. Po prostu Brazylia ruszyła z eksportem bardziej intratnych towarów, i to nie tylko surowców (które zawsze przynoszą mniejsze zyski), lecz również tak skompliko­wanych urządzeń, jak samoloty. Chiny z kolei inwestują w tym kraju w budowę kolei, portów, autostrad, gazociągów i w inne projekty związane z energią. Choć cała Ameryka Południowa – jak stwierdza Prestowitz- zaczyna dziś tań­czyć w rytm chińskiej ekonomii, Brazylia jest w tym tańcu wyraźnie partnerem, a nie uczniem.

Jest także wielkim propagatorem ochrony środowiska, plasując się w czołów­ce krajów stosujących energooszczędne technologie oparte głównie na etanolu.

Z rozsądnym demokratycznym rządem (choć nie wolnym od korupcji, ale tej – określanej eufemistycznie jako „kongresowe lobby” – nie potrafią się ustrzec nawet kraje o ustabilizowanej demokracji) Brazylia obrała bardzo dobrą drogę, by dołączyć do światowej czołówki.

Powyższy przegląd „brydżowych partnerów” nie obejmuje Rosji, ponieważ mimo jej rosnącej roli politycznej we współczesnym świecie oraz widocznego wzrostu gospodarczego, jaki zawdzięcza ropie i gazowi ziemnemu, jej siła gospodarcza jest na razie zbyt mała, by w najbliższej przyszłości państwo to mogło się stać jednym z niezależnych rywali. Ale status Rosji zmienił się dzięki gospodarczemu przymierzu z Brazylią, Indiami oraz Chinami w bloku znanym jako BRIC (skró­towiec utworzony z pierwszych liter nazw państw, gdzie Rosja wymieniona jest na drugiej pozycji). Jest to zrzeszenie czterech najlepiej funkcjonujących gospo­darczo krajów spoza grupy tzw. krajów zachodnich. Jak stwierdza „The Econo­mist”, ten sojusz może stać się wielkim wyzwaniem dla Stanów Zjednoczonych.

Prestowitz przedstawia następujący bilans: Chiny przegonią USA w 2040 roku, Indie wysuną się przed Japonię w 2039 roku, Brazylia zostawi za so­bą Niemcy w roku 2035, a w drugiej połowie XXI wieku stanie się ona członkiem Wielkiej Piątki rządzącej światem, obok Indii, Chin, USA i UE. Prawdopodobnie wypadnie Japonia, jeśli nic się nie zmieni w dotychczasowych trendach rozwoju. Będzie się ona liczyła nadal, ale tylko w unii gospodarek azjatyckich. A więc skład „brydżowego globalnego stolika” znacząco się zmieni, a w następnym rozdaniu zdecydowanie najsilniejsza będzie karta azjatycka (głównie chińska).

W kontekście prognoz typujących Chiny na przyszłego lidera świata powsta­je pytanie, co w tym wciąż komunistycznym kraju wskazuje na uzyskanie takie­go statusu, który wymaga nie tylko gospodarczej dynamiki, lecz również zwro­tu w kierunku demokracji? Dywagacje na ten temat przedstawiam w Faktach i komentarzach.

Niedoceniana potęga zjednoczonej Europy

Europa – jak mówią dosadnie Zakaria i Stasik- stała się matką rewolu­cji przemysłowej oraz macochą kolonizującą inne narody. Po tragicznych przej­ściach dwu wojen światowych XX wieku dała się mocno wyprzedzić Sta­nom Zjednoczonym. Dziś Amerykanie – jak stwierdza Prestowitz  – czę­sto mówią o Europie jako kontynencie cierpiącym na gospodarczą i polityczną sklerozę. Zdaniem tego amerykańskiego eksperta obie opinie są jednak (dzięki Bogu!) absolutnie fałszywe, choć wciąż nieodosobnione.

Prawdopodobnie UE ma się gospodarczo lepiej, niż życzyłaby sobie tego Ameryka. W latach 80. Unia Europejska cieszyła się większym wzrostem docho­du narodowego niż USA. Oczywiście amerykański boom z lat 90. pozwolił na wyprzedzenie Europy, ale już w roku 2000 wzrost produkcji w UE był nieco większy (1,9%) niż w USA (1,7%). Jak twierdzą niektórzy, wbrew propagandzie o dominacji amerykańskich przedsiębiorstw korporacyjnych, wszystko zależy od sposobu pomiaru. Na przykład Prestowitz podaje, że przed paru laty wśród 140 najlepiej prosperujących korporacji świata więcej pochodziło z obszaru UE (61) niż z USA (50). (Pozostałe były głównie japońskie). Zjednoczona Europa może się także pochwalić większym dochodem narodowym mierzonym nie na osobę, lecz produkowanym na godzinę. Wygląda na to, że Europejczycy są sku­teczniejsi od Amerykanów, gdy siedzą w pracy!

Prosperity gospodarek azjatyckich wzbudziło pewne zaniepokojenie nie tyl­ko w USA, lecz także w UE, która szybko odnotowała, że u podstaw tego powo­dzenia leżą takie cnoty, jak solidna wiedza, wysoki poziom sprawności w zakresie IT i odpowiedni etos pracy. Niektóre kraje Europy Zachodniej zaczęły się nawet zastanawiać, czy chcąc wytrzymać rywalizację z Chinami i Indiami (głównie, ale nie tylko), nie powinny odejść od 35-godzinnego tygodnia pracy i powrócić do 40 godzin. Takie zmiany nie są jednak łatwe do przeprowadzenia, ponieważ spo­łeczeństwa szybko się przyzwyczajają do przywilejów i raczej liczą na więcej, niż są w stanie zrezygnować z już posiadanych. Aby więc poprawić swoje samopo­czucie, UE woli porównywać się z konsumpcyjną Ameryką, której obywatele są postrzegani jako raczej roszczeniowi niż oddani ciężkiej pracy.

W marcu 2007 roku Unia Europejska obchodziła 50. rocznicę powstania. Z tej okazji „The Economist” sportretował ją na okładce jako – no, cóż – kobietę w średnim wieku, o nieco rubensowskich kształtach, z włosami upiętymi w koczek (aluzja do staromodności!) i o wyrazie twarzy wyraźnie wska­zującym na kryzys wieku średniego. Główny objaw tego kryzysu to odnotowywa­ny przed paroma laty wolniejszy wzrost gospodarczy i ogromny poziom bezrobo­cia. Ale w drugiej połowie bieżącej dekady gospodarka europejska ruszyła naprzód. Euro jest dziś znacznie mocniejsze niż dolar czy jen, bezrobocie spadło do 7%, a prognozowane tempo wzrostu gospodarczego na rok 2007 ma być więk­sze niż w USA i w Japonii. Szczególnie ożyła gospodarka Niemiec, poprawiając wskaźniki wzrostu z 1,4% w latach 1995-2005 do 3% w 2007 roku. I te 3% (przypominam, że wzrost gospodarczy w Chinach osią­gnął poziom ponad 11%) było traktowane jako liczba-marzenie. Ale niewątpliwie był to ogromny (podwójny przecież) skok w porównaniu z poprzednim okresem. Krytycy twierdzą jednak, że nie jest to żaden cud, gdyż cała światowa ekonomia odnotowuje średnio 5-procentowy wzrost gospodarczy. Nawołują więc do przeprowadzenia reform gospodarczych ukierunkowanych na zwiększenie konkuren­cyjności, której Europa tradycyjnie nie lubi. I – dodają – niech lepiej zjednoczona Europa zacznie to robić dziś, gdy gospodarka jest po jej stronie, a nie wtedy, gdy w ramach naturalnego cyklu popadnie w kolejny kryzys.

Jako wielodzietna matka UE obserwuje oczywiście wielkie zróżnicowanie w sposobie funkcjonowania swoich dzieci. Może być dziś dumna z Anglii, Irlan­dii czy Szwecji, lecz martwi się zapewne o Francję, w której bezrobocie sięga 10%. Nie może jednak wziąć na siebie wszystkich kłopotów swoich dzieci. Dość sceptycznie – lub choćby nader ostrożnie – jest też nastawiona do powiększania się liczby jej potomstwa. Ale… oby wszystkie matki w średnim wieku miały takie problemy jak UE! Przecież za jej istnienia kontynent cieszył się pomyślnością go­spodarczą i niesłychanie długim okresem pokoju, niespotykanym nigdy wcześniej w europejskiej historii. Zwycięstwo tej strategii osiągnęło apogeum, gdy w roku 2004 dołączyły do niej kraje, które kiedyś były skryte za żelazną kurtyną. Obec­nie – jak sugerują eksperci – najważniej­szym jej zadaniem jest uczynienie rynku pracy bardziej elastycznym, dzięki nie­popularnemu posunięciu w zakresie polityki społecznej, jakim jest zmniejszenie protekcjonizmu państwa. Jednocześnie członkowie UE domagają się, aby większa część władzy decyzyjnej powróciła do narodowych rządów.

Zjednoczonej Europie obce są obawy – które nie opuszczają Ameryki – przed utratą pozycji lidera, której ostatnio nie zajmowała. Stara się ona mądrze współpracować z tymi krajami, które mają szansę na objęcie światowego przy­wództwa. Ma wprawdzie „dylemat turecki” (chodzi o starania Turcji o to, by stać się członkiem UE) i poważne problemy z mniejszościami narodowymi, głów­nie muzułmańskimi, ale ta ostatnia trudność jest znamieniem naszych czasów – „współczynnikiem” globalizacyjnego skomplikowania, który przekłada się na funkcjonowanie całego zachodniego świata.

Kraj Kwitnącej Wiśni zaniepokojony wzrostem gospodarczym sąsiadów

Gospodarka japońska wciąż utrzymuje się na niezłym poziomie. Japonia jest prze­cież drugą potęgą gospodarczą po USA i najważniejszym inwestorem w południo­wo-wschodniej Azji. Jednakże dynamika rozwoju ekonomicznego tego kraju ostat­nio nieco zmalała. Jej kondycja w dużym stopniu zależy bowiem od eksportu do Chin, a te mają niezwykle bogatą produkcję przeznaczoną na własny rynek.

W przypadku Japonii do zwolnienia tempa wzrostu gospodarczego przyczy­niła się również demografia. Ten kraj bardzo szybko się starzeje z powodu dra­stycznego zmniejszania się przyrostu naturalnego. Dziś w Kraju Kwitnącej Wiśni żyje 127 milionów obywateli, a w 2050 roku będzie ich tylko 100 milionów. Bra­kuje rąk do „produkowania” dochodu narodowego. Wystarczy powiedzieć, że dziś w Japonii cztery osoby pracują na jednego emeryta, ale już w roku 2050 tyl­ko trzy osoby będą pracować nie na jednego, lecz na dwóch emerytów. Jest to niemal zapowiedź klęski gospodarczej!. Konse­kwencją takiej demograficznej sytuacji jest to, że w Japonii zmniejsza się liczba osób chętnych do nabywania towarów (bo jest mniej ludzi i są oni starzy, a ci są zwykle gorszymi konsumentami). Jednocześnie – jak wspominałam – japoński eksport traci siłę przebicia w wyniku chińskiej konkurencji.

Jeśli w ciągu najbliższych lat wzrost gospodarczy w Chinach będzie postępo­wał tak, jak obecnie, to kraj ten zdystansuje pod tym względem Japonię już około 2015 roku. Dlatego między innymi Japonia porzuca swoją postawę pacyfistyczną, którą konsekwentnie pielęgnowała (i na której ekono­micznie skorzystała) po druzgocącej przegranej przed 60 laty. Jej siły samoobro­ny powoli stają się regularną armią. Co więcej, w tym kraju za­czyna się mówić o „obronnym” potencjale nuklearnym, który dotychczas (po Hiroszimie i Nagasaki) był tematem tabu.

Tokio i Pekin rywalizują ze sobą o nowe złoża energii, w tym na przykład gazu ziemnego zlokalizowanego pod dnem Morza Wschodniochińskiego, którego japońskie wody są nazywane przez media „morzem konfliktów”. Równocześnie oba kraje mają ważne, bo gospodarcze, powody, by nie eskalować wzajemnych napięć. Chiny są dziś dla Japonii większym partnerem handlowym niż USA, z ko­lei japońscy przedsiębiorcy inwestują w Chinach ogromne kwoty i zatrudniają wielu Chińczyków.

Dodam na marginesie i nieco żartobliwie, że to potężne ekonomicznie przez ostatnie półwiecze państwo, które – jak mogłoby się wydawać – prowadziło nie­kiedy Lexusa lepiej niż jego amerykański rywal, wciąż nie rozstrzygnęło dylema­tu tegoż Lexusa i drzewa oliwnego. W nowoczesnej i wciąż doskonale prosperu­jącej Japonii stare ściera się z nowym w zakresie roli kobiety w społeczeństwie, zwłaszcza jeśli jest ona… księżniczką. Tradycyjnie bowiem dziedzicem królew­skiego tronu może być jedynie potomek płci męskiej. Ostatnio parlament próbo­wał to zmienić, ale podczas głosowania idea wprowadzenia zmiany ostatecznie upadła. Także sami obywatele opowiadają się za zachowaniem tradycji: 80% po­piera status quo. W rezultacie, gdy wykształcona w Harvardzie księżniczka Masako urodziła w 2001 roku córeczkę, prasa posądziła ją o… brak patriotyzmu! Masako wpadła w depresję, która być może ostatnio nawet się po­głębiła, ponieważ jej rywalka, księżniczka Kiko, urodziła w 2006 roku syna. Japo­nia szalała z radości. To wszystko dzieje się w kraju, gdzie kobiety kształcą się z pasją równą Hindusom, rezygnując z posiadania dzieci, co jest znakiem ulegania dyktatowi globalnej nowoczesności. Tymczasem spadek populacji ludności Japo­nii jest tak gwałtowny, że – jak dowcipnie stwierdza Walsh – gdy nowo narodzony syn księżniczki Kiko zasiądzie na tronie, może mieć problem ze znale­zieniem nie tylko księżniczki, ale w ogóle partnerki, gdyż liczba kandydatek bę­dzie bliska zeru.

Słowem, nie tylko w liczbie księżniczek leży „japoński problem”, ale we wskaźnikach demograficznych w ogóle. Po to więc, by utrzymać się w czołówce gospodarczej, Japonia będzie prawdopodobnie usilnie dążyła do zjednoczenia się z Indiami i Chinami (z tymi ostatnimi nawet mimo krwawej przeszłości). Być może jest to jedyna szansa na przetrwanie Kraju Kwitnącej Wiśni na azjatyckiej orbicie.

Indie – konkurent Chin do roli przywódcy

Indie pozostają krajem z największą w skali świata liczbą obywateli cierpiących krańcową biedę (to ponad 200 milionów ludzi żyjących za mniej niż dolara dzien­nie na osobę), ale tempo wzrostu gospodarczego w tym państwie jest porówny­walne z tempem rozwoju jego największego rywala, czyli Chin.

Nazywanie Indii tylko „biurem świata” stanowi pewne uproszczenie. Kraj ten na wiele różnych sposobów wychodzi bowiem poza outsourcingowe „biurowe” zlecenia. Oprócz wielu inwestycji gospodarczych przeprowadza się tu również głębokie reformy, w tym bardzo energicznie reformy agrarne. Tak­że dochody z sektora budownictwa mieszkalnego wzrosły ostatnio o 30%. W rezultacie bezrobocie spadło w roku 2004 do 9% i ta tendencja spadko­wa się utrzymuje. Ponadto Indie mają największą w skali świata klasę średnią (jak na standardy azjatyckie), która liczy aż 300-400 milionów obywateli! A wiadomo, że kondycja ekonomiczna rozbudowanej klasy średniej jest gwarantem pomyślno­ści gospodarki całego państwa. Poziom wykształcenia i liczba indyjskich specjali­stów reprezentujących ważne dla globalnej ekonomii XXI wieku dyscypliny są porównywalne tylko z sytuacją w Chinach i znacznie przewyższają standardy amerykańskie. Jak pisze Adiga, nigdzie na świecie studiowanie podręczni­ków chemii organicznej czy rozwiązywanie zadań z całkami nie przebiega z taką pasją, jak w tym narodzie. Hindusi oddają się jej zarówno na uniwersytetach zagra­nicznych, jak i w rosnących jak grzyby po deszczu rodzimych uczelniach, które oferują wykształcenie na najwyższym światowym poziomie.

Jeszcze jednym prognostykiem świetlanej przyszłości Indii jest – jak na iro­nię – gwałtowny przyrost ludności. Indie mają doskonały wskaźnik demograficz­ny, co sprzyja wzrostowi ekonomicznemu; po prostu społeczeństwo tego państwa jest bardzo młode. Średnia wieku, wynosząca 38 lat, służy zarówno dynamice za­trudnienia (większa jest bowiem liczba rąk do pracy), jak i konsumpcji. Przypo­mnijmy, że w Chinach populacja szybko się starzeje wskutek rządowej kontroli nad przyrostem ludności, czyli wprowadzenia zakazu posiadaniu więcej niż jed­nego dziecka. Choć brzmi to niczym żart, zagrożenie dla przodownictwa Chin w procesach społeczno-ekonomicznych może wynikać z faktu, że Hindusi nie ograniczają się w liczbie potomstwa! Zgodnie z danymi cytowanymi przez Prestowitza, w 1980 roku populacja Indii wynosiła 687 milionów, co stanowiło 2/3 populacji Chin. Dokładnie na początku nowego stule­cia Indie osiągnęły już miliard mieszkańców, podczas gdy obywateli Państwa Środka było wówczas 1,3 miliarda, a dziś jest o 0,1-0,2 miliarda więcej niż mieszkańców Półwyspu Indyjskiego. Ale w 2035 roku populacja Chin zatrzyma się na poziomie 1,6 miliarda, natomiast młode Indie nie wstrzymają prokreacji. To przeludnienie nie jest dobre dla świata, lecz na określonym etapie na pewno jest dobre dla indyjskiej gospodarki.

Poza tym ten kraj coraz odważniej formułuje swoje wymagania na arenie międzynarodowej. Jest na przykład największym producentem tzw. leków generycznych, dzięki temu, że z powodu ogromnej liczby ludzi biednych i chorych nie może sprostać wymaganiom praw patentowych dotyczących farmaceutyków. W latach 90. Indie zaczęły więc wywierać naciski na Światową Organizację Zdro­wia, aby wpłynęła na ograniczenie ogromnych opłat patentowych na leki chroniące życie. Początkowo USA mocno broniły interesów swoich korporacji farmaceutycz­nych, ale w końcu Indie wygrały częściowo tę rundę na rzecz i swoich, i świa­towych biedaków. Właśnie w świetle takich faktów nie można sprowadzać roli dzisiejszych Indii jedynie do „biura świata”. Bo choć istotnie w Bangalore zatrud­nionych jest dziś aż 150 tysięcy informatyków, a w skali całego kraju powstaje rocznie 15 tysięcy patentów, to przecież Indie umieściły w 2007 roku w przestrze­ni okołoziemskiej 4 satelity i planują, że za kilka lat wyślą w kosmos pierwszy statek z załogą na pokładzie.

Na korzyść Indii przemawia również fakt, że ten wysokooktanowy – jak go określa Elliott – wzrost gospodarczy dokonuje się w kraju o demokratycz­nych rządach. Wprawdzie wzrost gospodarczy Indii wciąż ustępuje chińskiemu (w 2006 wynosił ponad 8%, podczas gdy w Chinach – ponad 11%) i Chińczycy ma­ją dziś dochód per capita 6800 dolarów, Hindusi zaś – 3330 dolarów, ale ci ostatni są wierni demokracji. Doceniła to nawet amerykańska administracja, zapowiadając deklarację strategicznej współpracy w zakresie broni nuklearnej. Mówiąc o gospodarczym pozostawaniu Indii w tyle za Chinami, trzeba jednak pamiętać, że kraj ten włączył się w procesy globalizacyjne dopiero w latach 90., podczas gdy Państwo Środka zainicjowało je pod koniec lat 70.

Niezwykle cenną zdobyczą obu krajów, umiejętnie korzystających z błogosła­wieństw globalizacji, jest to, że ich sąsiedzkie relacje były i są budowane na zasa­dach pokojowych. Ich stosunki pogorszyły się jednak, gdy komunistyczne Chiny sięgnęły po Tybet. Dalajlama otrzymał schronienie w Indiach i rząd tego kraju po cichu dał znak do rozpoczęcia prac nad bronią nuklearną. Oficjalnie przyznano się do jej posiadania w 1989 roku. Wzbudziło to poczucie zagrożenia w sąsiednim Pa­kistanie, po czym kraj ten podjął decyzję o stworzeniu własnego arsenału nuklear­nego. Ale – jak stwierdza Prestowitz  – indyjska broń masowego rażenia miała stanowić zabezpieczenie przed groźnymi za czasów komunizmu Mao China­mi i jej produkcja nie była wymierzona w słaby Pakistan. Ale to było wczoraj.

Dziś indyjska korporacja Infosys Technologies – podobnie jak wiele innych – przeniosła swoje operacje do Chin. Z kolei indyjscy programiści okazali się tań­si niż „rozpuszczeni finansowo” profesjonaliści z Szanghaju i to ci pierwsi otrzy­mują dziś zlecenia zza Wielkiego Muru. Unia gospodarcza tych państw zapowia­da wielką dominację Azji w globalnej ekonomii – niezależnie od tego, kto w tym sojuszu obejmie przewodnictwo.

Chiny najbliższe objęcia pozycji lidera

Wielki Smok dał o sobie usłyszeć zaledwie przed ćwierć wiekiem, kiedy to świe­żo wybrany na przewodniczącego komunistycznej partii Deng Xiaoping wyty­czył nową drogę rozwoju państwa dzięki modernizacji. Niezwykle istotnym ele­mentem tego planu miało być niekierowanie się pobudkami ideologicznymi przy pracy nad zwiększeniem wzrostu gospodarczego. Chiński przywódca odwołał się do metafory – o czym przypominają Zakaria i Stasik- mówiąc, że nieważ­ne, czy kot jest biały czy czarny; jeśli potrafi dobrze łapać myszy, to jest to dobry kot. No i Chińczycy zabrali się do „kociej roboty” i osiągnęli ponad 10-procento- wy wzrost gospodarczy rocznie, bijąc na głowę wszystkie kraje świata. Jak dono­si „The Economist”, w drugim kwartale 2006 roku chińskie PKB sięgnęło nawet 11,3%.

Rozkwit gospodarczy w tym kraju wyraża się za­równo w tempie powstawania nowych aglomeracji, jak i w gwałtownie rosnącej (i napędzającej zwrotnie gospodarkę) konsumpcji. Co więcej, Chińczycy masowo dołączyli do „budowania” światowej giełdy. Po prostu oszaleli na punkcie kupo­wania udziałów; wszyscy – od kierowców taksówek, przez robotników pracują­cych przy budowie obiektów olimpijskich, po nauczycieli i finansistów – zapoży­czają się, by kupić jak najwięcej akcji. Zjawisko to tak się nasiliło, że zanie­pokojony rząd zaczął ostrzegać obywateli za pośrednictwem mediów, by biorąc kredyty, nie zastawiali przynajmniej domów i mieszkań, co stało się ostatnimi czasy powszechne. Niezależnie od braku doświadczenia w przedsięwzięciach ekonomicznych, Chińczycy dowodzą niezbicie, że cel wyznaczony przez Xiaopinga, czyli modernizacja, jest realizowany.

Przygotowując się do przejęcia władzy, Chiny ruszyły także w świat z misją tworzenia międzynarodowej polityki. I tak, na przykład, podjęły się roli negocja­tora w rokowaniach dotyczących potencjału nuklearnego Korei Północnej, a gdy Korea zdecydowała się na testy tej broni jesienią 2006 roku, potępiły ten akt po­dobnie jak USA. Nie zrobiły tego bynajmniej z miłości do Waszyngtonu – jak pi­sze Elliott – lecz z potrzeby utrzymania pokoju w swoim sąsiedztwie. Jed­nocześnie stały się sprzymierzeńcem Rosji i wysłały swoje wojska na pokojową misję ONZ do Libanu. Nie odcinają się od bogatego w ropę Iranu, a nawet flirtu­ją nieco w ukryciu z reżimowym rządem Sudanu – także w kwestii ropy nafto­wej (równocześnie pośredniczą w ONZ-owskich negocjacjach na temat kryzysu w Darfurze; to się nazywa dyplomacja!). Specjaliści uznają za bardzo mało praw­dopodobne, by wyłaniające się mocarstwo zdecydowało się na militarną konfron­tację z Zachodem.

Jednakże potencjał militarny Chin rośnie w sposób zauważalny. Jak dowodzą dane Międzynarodowego Instytutu ds. Studiów Strategicznych w Londynie, wydatki tego kraju na cele militarne wzrosły w ciągu ostatniego dziesięciolecia o 30% – z 1,08% PKB w 1995 roku do 1,55% PKB w 2005 roku. Przypominam, że w USA wydaje się na zbrojenie aż 4% PKB. Chiny zaczęły nawet urzeczywistniać swoje marzenia o badaniu kosmosu. W 2003 roku wy­strzeliły w przestrzeń kosmiczną pierwszy statek z własną załogą. Być może nie jest to wielkie osiągnięcie w porównaniu z zasługami innych państw na tym polu, ale zważywszy na fakt, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu Chi­ny były krajem niemal feudalnym, należy je uznać za sukces.

USA bacznie śledzą kształtowanie się chińskiej potęgi, co w dużej mierze zo­stało przecież zainspirowane globalizacyjnymi posunięciami samej Ameryki. Wi­dząc w Chinach poważnego rywala, zarzucają chińskim władzom, że ich sukces jest rezultatem manipulacji walutowych w celu utrzymania niskich cen własnej produkcji. Chiny krytykuje się też za niechlubny proceder podkradania praw pa­tentowych. Jednak na razie światowy biznes nie umie sobie z tym problemem po­radzić; nawet Ameryka nie potrafi nakłonić Chin do pełnego poszanowania praw autorskich.

Kolejny zarzut wobec Chin dotyczy tego, że wzbogacają one swój arsenał mi­litarny. Szczególnie zaniepokojony jest Waszyngton, mimo że stosunki między oboma państwami nigdy nie były tak przyjazne, jak obecnie. USA muszą się dziś liczyć z Wielkim Smokiem także ze względu na jego rosnący w skali światowej status, który zawdzięcza on temu, że stał się wielkim importerem zasobów z in­nych krajów. Pomyślność ekonomiczna tamtych państw (np. Brazylii) sprzyja roz­wijaniu przyjacielskich stosunków z Chinami. Podczas gdy Stany Zjednoczone budziły w ostatnich latach wiele negatywnych emocji nawet wśród państw alianc­kich, przyjaciółmi Chin stali się oprócz odległych krajów Ameryki Łacińskiej tak­że bliscy sąsiedzi i to właśnie dzięki rosnącemu apetytowi na tanie towary.

Utrzymując bliskie stosunki z wieloma krajami, Chiny na razie z dystansem odnoszą się do Ameryki, która wcześniej blokowała ich starania o członkostwo w Banku Światowym. Dzisiaj Chiny współuczestniczą w jego pracach jako kraj posiadający ponad 859 miliardów dolarów rezerw finansowych w handlu mię­dzynarodowym oraz aż 202 miliardy dolarów nadwyżki w wymianie handlowej z USA. Mimo to – jak wspominałam – obecnie stosunki Chin z USA są tak poprawne, jak nie były nigdy wcześniej. No cóż, w dużej mierze wynika to po prostu ze wspólnych globalizacyjnych interesów.

Słowem, chiński smok jest tak skuteczny i dynamiczny, jakby urosły mu skrzydła. I właśnie to połączenie smoczej siły z „uskrzydloną” dynamiką pozwala mu przymierzać się do pozycji lidera globalnego świata.